Joanna, autorka bloga:The Blonde Travels

Joanna, autorka bloga:
The Blond Travels

Ostatnio w nocy, w piździerniku, zadzwonił alarm przeciw pożarowy w budynku. Wyszłam na korytarz – dymu nie widzę. Budynek jest zbudowany na wzór boków kwadrata: nie ma środka, nie ma dachu, tylko na samym dole mały dziedziniec. Wychodzę wraz z innymi mieszkańcami budynku, wszyscy po sobie patrzymy, nikt nic nie wie, ale z budynku trzeba wyjść. I tak się usiedzieć nie dało przez nieznośny hałas. Na zewnątrz, a żeby było jeszcze zabawniej i banalniej, to miałam mokrą głowę, bo dopiero wyszłam spod prysznica. I wiecie co? Jakiś pan z żoną, Meksykańczycy, uznali, że wybiją szybkę z alarmem, ponieważ.. Nie mieli kluczy do mieszkania (drzwi do mieszkań się zatrzaskują same), więc uznali, że straż pożarna przyjedzie i im te drzwi otworzy. Swoją drogą dopiero po jakimś czasie okazało się, że alarm nie jest połączony ze strażą, więc trzeba było zadzwonić samodzielnie. Więc mieszkańcy budynku czekali dalej na zimnie, ja z mokrą głową, wszyscy rano do swoich prac. Oprócz straży pożarnej przyjechała karetka (bo a nuż komuś coś się stało) i policja, która zaczęła winnym tłumaczyć, co zrobili złego. Ci zaś stali z kamiennymi minami i nie rozumieli, że zrobili cokolwiek złego. Czuję, że to się jeszcze powtórzy, jak zapomną kluczy do mieszkania.

Ale spoko. Nie jestem zrażona. Ani jeszcze wkurwiona. To jestem w stanie przeżyć tu i jeszcze do kraju nie wracać.

Oktoberfest akurat w moje urodziny. Cudnie! Tylko szkoda, że sporo ludzi w tym roku wycofuje się z imprezy, ponieważ islamiści odgrażają się. Wielka, tradycyjna impreza ma się odbyć w atmosferze „Nie wnosimy żadnych plecaków, większych torebek, ewentualnie saszetki-nerki. Sprawdzamy na wejściu każdego”. Od jakiegoś czasu niemiecki rząd namawia ludzi do gromadzenia żywności, aby w razie niespodziewanego kryzysu przeżyć dziesięć dni. O jakim kryzysie mowa? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że piszą o tym i mówią nierzadko. I o tym, jak się zachować w razie kryzysu. Nadal nie chcę wracać do kraju. Dlaczego? To rozumie inna blogerka – dziś gościnnie.

Mój blog jest feministyczny. Piszę między innymi o kobietach i o tym, co nas mentalnie uwiera.

Oto jest Asia. Poznałam Polkę, która podróżuje po świecie, a może nie tyle podróżuje, co po prostu mieszka w tym świecie. Tak realnie. Bo przez dużą część swojego życia mieszkała w Tajlandii, wcześniej w U i K. A teraz na chwilę wróciła do ojczyzny, z której znów jesienią ucieka. Tak niektóre kolorowe ptaki mają, że zimą odlatują, gdzie cieplej. I to tez cieplej mentalnie.
To wszystko Joanna pisze na swoim blogu The Blond Travels - podoba mi się to. Cholera, podoba mi się to, że kiedy nam, Polkom, coś nie pasuje, to ruszamy swoje tyłki i coś z tym swoim życiem robimy. Chciałabym, aby nas, kobiet, które żyją po swojemu, było jak najwięcej. I chcę, abyście wiedziały, że takie są.

Poznałam Joannę (acz wolałabym lepiej), a warto żebyście i Wy poznały/poznali, jej pogląd z dystansu na naszą obolałą Polskę; pogląd kobiety, która mówi NIE ODKŁADAJ SWOICH MARZEŃ NA PÓŹNIEJ i potwierdza to sama czynem. Również czynem pokazuje, że jest feministką, ponieważ zamiast czekać jak mimoza, aż życie jej coś przyniesie, sama to bierze – pożegna się z krajem, który choć ją wkurwia, to kocha przecież, wyjdzie ze swojej strefy komfortu i zadba o siebie.

(gościnnie) JOANNA:
„Od dawna już nie mieszkam w Polsce. Zaraz po studiach przeniosłam się do Anglii, gdzie żyłam 10 lat. Później był rozwód i zmiana o 180 stopni – wyjechałam do Tajlandii uczyć angielskiego. Tam spędziłam prawie 3 lata. W ciągu tego czasu odwiedzałam Polskę sporadycznie, tylko na wakacje lub z powodu jakichś ważniejszych uroczystości. Ponieważ pracuję zdalnie, stwierdziłam, że w tym roku lato spędzę w kraju i przeprowadziłam się na parę miesięcy do Krakowa.

Na początku było super: pierogi, wódeczka, imprezy kulturalne i te mniej kulturalne – używałam tego wszystkiego, za czym wcześniej tęskniłam. Nie przeszkadzało mi w ogóle to, że się do siebie na ulicach nie uśmiechamy i pławiłam się w naszym polskim humorze, w krajobrazach i generalnie miałam na nosie różowe okulary.

Wcześniej to co się w Polsce działo uważałam za egzotykę. Po takim czasie za granicą powoli jej problemy przestały mnie dotyczyć.

 

Nagle jednak, po tych paru miesiącach mieszkania w Krakowie, pewne rzeczy zaczęły mnie totalnie wk***ć. Zanim się tutaj sprowadziłam, myślałam, że to, o czym czytałam w Internecie, było wymysłem mediów, wyssanymi z palca sensacjami. Rzeczywistość okazała się jednak inna i po prostu nie mogę uwierzyć, że to się dzieje tutaj, w środku Europy, w cywilizowanym kraju.
A co właściwie mnie wk***a? Wk**a mnie, że:

1. Polska jest krajem nietolerancyjnym
Nie jestem dzieckiem – kwiat i nie kocham wszystkich. Myślę, że jestem w tym względzie normalną osobą. Lubię imprezować, poznawać nowych ludzi i uciąć sobie z kimś pogawędkę. Jednych lubię bardziej, drugich mniej i nigdy nie będę twierdzić, że należy kochać każdego, bez wyjątku.

Jednak uważam, że dyskryminowanie innych ze względu na kolor skóry, wyznanie czy orientację seksualną jest dla mnie zupełnie niepojęte. W Polsce tego typu nietolerancja szerzy się i nabiera coraz większego rozmachu. Media trąbią, że uchodźcy zabierają Polakom pracę, straszą że muzułmanie będą gwałcić nasze polskie, niewieście łona i robić nam dzieci, które (o zgrozo!) będą miały ciemniejszy odcień skóry od pana Bolka, co degustuje wino marki wino pod sklepem Alkohole 24.

Homoseksualiści wyzywani są od zboczeńców, pedofili i zwierząt. Już pomijając fakt, że geje i lesbijki to w większości wykształceni, fantastyczni i otwarci na świat ludzie i jestem zszokowana kiedy ich się wyzywa na bilbordach i plakatach, a tych faktycznych pedofili zostawia się w spokoju. Dopiero kiedy 12-letnia dziewczynka zachodzi w ciążę podnosi się jako taki szum, który i tak nie dotyczy tego czego powinien.

Przeraża mnie to, że nietolerancja ma się tutaj tak dobrze, że w Krakowie przy rynku otwarcie manifestują ci, którzy krzyczą „śmierć wrogom ojczyzny”, nie mając pojęcia kto tym wrogiem tak naprawdę jest. Nie rozumiem, dlaczego w większości to właśnie młodzi ludzi są tak konserwatywni. Zastanawia mnie, czy oni w ogóle kiedykolwiek widzieli człowieka o ciemniejszej skórze, czy wiedzą, co to jest muzułmanizm, czy kiedykolwiek porozmawiali z kimś o odmiennej orientacji seksualnej. Przykro mi, że w Polsce trzeba się ze wszystkim ukrywać, łącznie z tym do którego boga się modlisz (jeśli nie jest to bóg katolicki, oczywiście).

 

2. W Polsce ciągle się boję

Nie boję się może panicznie, bo nadal wychodzę do barów, pubów i kafejek. Jednak kiedy w nocy, z Chrisem, moim importowanym z zachodu facetem, pod rękę, przemierzam centrum Krakowa to czasami boję się odezwać do niego po angielsku, bo przede mną idzie grupa łysych w czarnych koszulkach Polski Walczącej. Szczególnie po tych paru przypadkach, kiedy pobito kogoś w Warszawie za to, że mówił po niemiecku, nie bardzo uśmiecha mi się rozmowa w obcym języku na ulicy. Na szczęście jesteśmy w Krakowie, gdzie turyści to widok codzienny, więc nie jest tak źle.

Za to w Łebie już tak miło nie było. Lato to zawsze pora kiedy do Łeby ściągają tłumy wątpliwej reputacji młodzieży. Nie przeszkadzały nam tam tak bardzo ukradkowe spojrzenia przechodniów, ile zaczepki które przeważnie zdarzały się w nocy. Po paru takich wyjściach Chris stwierdził, że nie chce już nigdzie wieczorem iść, bo się boi, że mu ktoś zrobi więcej niż tylko niegrzecznie zaczepi.

 

3. Polska to kraj wyznaniowy
Podobnie jak z orientacjami seksualnymi i kolorami skóry, do wyznań nie mam nic przeciwko. Jednak kiedy wiara miesza się z polityką, a instytucja wyznaniowa zagląda ludziom do łóżek to zaczyna mi to przeszkadzać.

Pewne kraje, jak Anglia czy Holandia, postawiły na świeckość państwa i odróżniają wiarę i politykę. Ludzie są tam szczęśliwsi, bo cieszą się większymi swobodami. My pozostajemy w tyle, brniemy w bagno jeszcze bardziej, łamiąc pomału wolności człowieka i zasady demokratyczne, dając kościołowi więcej swobód, nakazując ludziom ślepo wierzyć w nieomylność kościoła katolickiego, którego zasady i reguły pochodzą z czasów, kiedy Abraham chciał z radością poćwiartować Isaaca, a Tomasz, uważany za świętego, głosił że kobieta ma siedzieć cicho i być poddana mężowi.

Polacy sami nadają temu państwu charakter wyznaniowy, popierając frakcje polityczne, które ściśle związane są z kościołem.

 

4. Polska dyskryminuje kobiety
Niedawno na jednej z grup facebookowych padło pytanie zadane przez mężczyznę: „Dlaczego polskie kobiety ciągle ubierają się na czarno? Przecież jest tyle ładnych ubrań w innych kolorach. Dlaczego polskie panie nie mogą być seksowne?” Niby nic, takie niewinne pytanie od faceta, który lubi babki w kolorowych sukienkach. Posypały się odpowiedzi, głównie od pań: “Bo ładnie czarny wygląda z opaloną skórą”, „Bo czarny wyszczupla, a ja mam gruby tyłek” itd. Niewiele myśląc, odpisałam: „To tak jakby się kobiety zapytać, dlaczego się nie uśmiecha. Nie uśmiecha się, bo jej się nie chce. Moje pytanie do pana: dlaczego polscy faceci nie potrafią się w ogóle ubrać i pozbawieni są stylu”.

Przyzwyczajona do obcowania z silnymi, niezależnymi kobietami – ekspatkami, które robią co chcą i nikt ich się nie pyta, dlaczego dzisiaj mają na sobie czarne bluzki i nie mają makijażu, razi mnie w Polsce każdy przejaw seksualizacji kobiety. Tutaj dziewczyny muszą być szczupłe, nosić obcasy, malować się codziennie, sprzątać, gotować, a po wszystkim jeszcze zrobić mężowi laskę. A jeszcze jak wydadzą na świat potomka to już są święte. Wszystko to wspierane jest przez portale takie jak Fronda, która ostatnio opublikowała artykuł mówiący o tym, że kobieta jest głupsza od mężczyzny.

Już nie mówię o ostatnich debatach o aborcji. Niedouczeni wmawiają innym niedouczonym, że aborcja to zło w najczystszej postaci, a zygota, nawet ta powstała w wyniku gwałtu, jest święta, nie przyjmując do wiadomości, że w pewnych przypadkach aborcja ratuje życie kobiety.

Nie mogę zrozumieć, skąd u Polaków taka dociekliwość, co kto robi w łóżku i fascynacja polityków polskimi waginami.

 

5. Jest drogo
Jak wy to robicie, Polacy? Jak to się dzieje, że przy zarobkach o wielkości 2,000 polskich złotówek jesteście w stanie utrzymać całe rodziny? No jak, bo ja zupełnie nie mam pojęcia!

Sama zarabiam około 3,000 i mimo, że dzielę koszty z mym lubym to i tak ledwo co wyrabiam. Z reguły jestem oszczędna, nie wydaję (nawet jak mam) na głupoty, na niepotrzebne ciuchy czy kosmetyki. Dawno zniknął u mnie nawyk hurtowego kupowania butów, bo jak ja miałabym się z tym wszystkim spakować. W Tajlandii takie pieniądze starczały na wiele, bardzo wiele, a tutaj za każdym razem jak płacę w sklepie to mnie zatyka.

 

6 Jest zimno
I kolejna rzecz, która mnie w Polsce wk***a, tylko tym razem nic na to poradzić ani ja, ani wy, ani rząd, ani nawet Kościół nie możemy. W Polsce jest cholernie zimno. Czy o tej porze jest zimniej niż to bywało 10 lat temu, czy to tylko moje urojenie?

Całe lato padało, było ponuro i tylko parę dni było naprawdę słonecznych. Teraz nie tylko jest ponuro, ale także zimno. Jezu, jak jest zimno! Mój wygrzany przez tajskie słońce tyłek po prostu nie może się z tym pogodzić. Przestałam się już przejmować, jak wyglądam wychodząc do miasta. Nakładam na siebie tysiąc pięćset ubrań, żeby mi było cieplutko, ale to i tak nie pomaga. Z niecierpliwością wypatruję dnia, kiedy wysiądę w Bangkoku z samolotu.

I takim oto optymistycznym akcentem kończę moje wypociny – w listopadzie wyjeżdżam, żegnam się z tym krajem w słodko-gorzki sposób. Bo wiele rzeczy mnie tu wk***a, wiele mi się nie podoba i, szczególnie ostatnio, wiele mnie przeraża, ale wiem, że będzie mi dużo rzeczy brakować. No i w końcu, jakby nie patrzeć, jest to mój dom, do którego mam sentyment.”

 

Joanna Szreder 
Podróżniczka, nauczycielka, feministka. Autorka bloga www.theblondtravels.com
0

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *