Miłość to energia. Żadna kolejna miłostka.

poniedziałek, Październik 28, 2019 0 No tags Permalink 0
fot.: Lidia Skuza

fot.: Lidia Skuza

Jeśli kosztuje Cię to wewnętrzny spokój, to nie jest to tego warte.

Do złośliwych panów: jeśli przeczytacie ten tekst i będziecie próbowali ucieszyć się, że pewnie jest on o autorce – nie, nie traficie. Ja jestem szczęśliwa i kochana od wielu lat przez tego samego mężczyznę. Od 18/19. roku życia. Z przerwami, potyczkami, nieważne jak daleko od siebie, ale cały czas jestem kochana. Ja, feministka.

Związek to wymiana energii. Kropka.

Myśli, uczucia to siła elektryczna. Myśli, uczucia i słowa mają moc. Wytwarzamy jakąś energię, ale też odbieramy ją od innych. Jesteśmy frekwencjami, które sami wysyłąmy, ale i je odbieramy.
Nie bez powodu uważa się, że jesteśmy sumą pięciu osób, którymi się otaczamy najbardziej.
Zauważyłyście, że gdy przebywacie w towarzystwie pewnych osób, to albo jesteście bardziej przygaszone, smutne, zmęczone, jakieś dobite, zdołowane (staram się unikać słowa „depresyjne”, ponieważ to silne słowo. Depresja to choroba, a nie chwilowy stan. Słowa „depresja” nie nadużywam jak emo dziecko), albo wkurzone na świat, ponieważ wydaje nam się, że ten świat jest do dupy?
A zauważyłyście, że przy innych osobach jesteśmy pełne nadziei, wierzymy, że wiele rzeczy jest możliwych, jesteśmy radośniejsze, jakieś bardziej wyluzowane?

Każdy z nas tworzy jakąś energię. Ludzie to energia. To musimy zrozumieć.

Nie chcę brzmieć jak Paulo Coelho, ale… miłość to energia.
I nie chodzi o romantyczne uniesienia miłostki. Miłostki są jak fast foody (tak, ja bardzo lubię tworzyć proste analogie jedzeniowe, ponieważ mam wieczny apetyt… swoją drogą, jak piszę ten tekst, to jestem po pizzy i trzech pączkach. Nie żartuję…), czyli fajne na chwile, ale żadnych wartości odżywczych na dłuższy czas.
Po miłostce można nabawić się kaca. Zgagi. Albo nawet mieć depresję pochwy – coś takiego, co może powstać na skutek psychosomatycznych problemów. Gdy dusza i umysł cierpi i odbija się to na naszym zdrowiu fizycznym, choć lekarze mówią, że „wszystko TAM na dole jest w porządku”, to cierpimy.
Przez jakiś czas, gdy jesteśmy zauroczone, gdy jest ta miłostka, ludzie nam mówią: „Lśnisz! Błyszczysz!”, bo to prawda: wtedy bije od nas to coś fajnego. Ta dobra energia. Ale ona będzie trwała króko.
Gdy kochamy same siebie, gdy znamy swoje wady i zalety, ale mimo to siebie kochamy, czyli po prostu siebie lubimy, to i ludzie częściej chcą przy nas przebywać, m.in. dlatego, że świecimy tym czymś w sobie. Ponieważ jesteśmy szczęśliwe. Ponieważ to jest ta pozytywna energia. Ta dobra, fajna, zajebista.
Gdy kochamy kogoś naprawdę, to to coś w nas świeci dłużej, jeśli jest to dobra, zdrowa miłość. I trwa to długo, ponieważ taki związek jest od tego, żebyśmy siebie wzajemnie rozwijali.
Związek, miłość, nie jest po to, aby druga osoba była naszym kolejnym problemem, ale po to, żebyśmy chcieli się ulepszać. Żebyśmy sami w sobie nie gnuśnieli, nie psuli siebie od wewnątrz.

Tak samo tyczy się relacji w przyjaźni. W rodzinie. Z samą sobą. Ze światem.
Przykład: widzicie, co dzieje się z planetą? Jest ona rozpieprzona, bo ludzkość zamiast kochać swój dom, Ziemię, zagrabia wszystko do siebie. Ona przestaje dawać plony, a jest zmuszana do wydalania z siebie chemiko-podobnych-przetworów. Ona umiera, ponieważ przestano o nią dbać.

A widzicie, co się dzieje z kobietą, z którąś z Was, gdy jesteście w dobrych rękach?
Tak, w dobrych rękach. Ponieważ na tym polega związek: że zarówno ta druga osoba jest w Waszych dobrych rękach, jak i Wy w rękach tej drugiej osoby.
Jeśli kochacie partnera lub partnerkę, dziewczyny, to i Wy chcecie odruchowo się nią dobrze zajmować. Są i będą problemy, wkurzanie się na siebie, konflikty, ponieważ na tym polega życie, ale i proces rozwoju.
Ponieważ, jeśli jest się w związku, to ludzie nie spotykają siebie po to, żeby siebie uzupełniać. Teoria o dwóch połówkach jest piękna, brzmi ładnie i coś w tym jest, że ktoś jest dla nas stworzony. Ale to nie oznacza, paradoksalnie, że nie mamy siebie wzajemnie rozwijać i upiększać.
Nie mówię zaraz, że mamy siebie zmieniać w kogoś, kim nie jesteśmy. Mamy siebie zmieniać w ….. o fuck! Powiem to!… swoją najlepszą wersję. Wzajemnie. Bo to nie sztuka pozostwać kimś takim samym przez całe życie.
Wy macie, kurwa, prawo być inne pięć minut temu, niż teraz. Gdy ktoś Wam mówi, „Zmieniłaś się”, to hell yeah!, że się zmieniłyście, ponieważ na tym polega życie. I rozwój.
Oczywiście, że mamy siebie w związku akceptować takimi, jakimi jesteśmy. Ale to nie oznacza, że nie możemy wzajemnie siebie ulepszać dla naszego dobra.
Co też to nie oznacza, że mamy siebie zostawić bez – hm – jakiegoś podlewania, ponieważ inaczej człowiek się popsuje.

Nie stworzy się naprawdę zdrowo-funkcjonującego związku z kimkolwiek – w rodzinie, przyjaźni, miłości – jeśli najpierw nie… znowu to powiem! Dziś jest chyba międzynarodowy dzień Paulo Coelho… nie pokochamy siebie. Tylko, żeby to zrobić, musimy najpierw wiedzieć, jakie jesteśmy: poznać swoje wady i je zaakceptować, bo wtedy wiemy, co możemy zmieniać, a czego zmienić nie możemy.
Nie stworzy się naprawdę zdrowo-funkcjonującego związku z kimkolwiek, jeśli najpierw nie pokocha się samej samego siebie, ponieważ wtedy związek będzie ucieczką od samej siebie. Takie chowanie się: „Ty mnie pokochaj, bo ja siebie nie umiem”. Nie zaczyna się od dupy strony.

Jak wspomniałam: miłość to energia. Bycie z drugim człowiekiem to wymiana energii.
Jeśli druga osoba jest nerwowa, a Wy cały czas jesteście tą „oazą spokoju”, która musi znosić, być cierpliwa, tolerować, uspokajać, to gdzie Wasza energia umyka? Głównie czy tylko w stronę tej osoby, która nie może się uspokoić.
Jeśli Wasz partner czy partnerka, dziewczyny, ma pewne problemy i nie chce zwalczyć je, tylko tak je zostawia, to zostawia też w Waszej sferze. Wam pod nogami. To Wy się o nie potykać i zamiast biec sobie przez życie swoją ścieżką, potykacie się o problemy drugiej osoby. Oczywiście, że po to jest się we wzajemnej relacji, żeby zwalczać razem te problemy, ale RAZEM. Nie zaś głównie, że Wy, czy że większość problemów Wy rozwiążecie, ponieważ ta druga osoba przez cały okres związku nie ma sił na to, aby je rozwiązać z różnych powodów, ale np. głównie z takich, bo gdzieś podświadomie uważa, że te problemy ktoś inny, czyli WY, rozwiążecie.
A co wtedy z Waszą energią? Znika. Wasze to światło, które macie w sobie, którym możecie tryskać, gdzieś gaśnie, bo nie ma zasilania. Bo energia na zasilanie poszła się pieprzyć. Bo poszła się zużywać na problemy.
Związek to kompromisy i wspólna walka, wspólne dbanie o siebie. Ale przestańmy sobie wmawiać, że permanentne poświęcenie jest romantyczne. Jest piękne. Że jeśli WY będziecie się głównie poświęcały, to z tego Coś będzie. Będzie miłość. W miłości mają ludzie dawać z siebie wzajemnie po połowie. Nie zaś w całości jedna, a druga bierze. To nie jest ta wymiana energii. To jest zabieranie Wam energii.

Jeśli w związku czujecie się zmęczone od dłuższego czasu, czy to jest związek, który ma sens, tylko dlatego, że lepiej już dać we dwójkę razem samodzielnie, aniżeli samej?
Jeśli miałyście siłę to wszystko ciągnąć albo też jeśli partner czy partnerka sprawiała, że WY musiałyście zamartwiać się problemami, to znaczy, że inni widzą w Was tyle siły, aby to udźwignąć. To znaczy, że macie jeszcze więcej siły, aby samodzielnie być w życiu.

Inna kwestia.
Jeśli ukochana osoba sieje głównie energią marudzącą, narzekającą, krytykującą świat dookoła, zamykającą się na wszystko co inne, nowe, świeże, to co z Wami się dzieje? To i Wy takie się stajecie. Odbieracie tę energię od drugiej osoby i zamiast cieszyć się tym, co macie wokół, same macie w sobie tę zgorzkniałość, ponieważ i Wy się poddajecie. Człowiek jest istotą leniwą – ławiej nam przejąć coś, co łatwiejsze, a łatwiejsze jest narzekanie czy poddanie się w życiu, dlatego i szybciej nam przychodzi negatywne zachowanie i myśli.

Możemy wybrać, dziewczyny: czy chcemy marnować swoje życie – jedno życie! – z kimś, kto nam tę energię i piękno odbiera, czy z kimś, dzięki komu cały czas świecimy od środka.

fot.: Lidia Skuza

fot.: Lidia Skuza

0

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *