NIE MÓJ FEMINIZM

niedziela, Styczeń 27, 2019 0 No tags Permalink 3

Żadna kolejna miłostka

Niektóre kobiety mają fetysz: robienie innym kobietom niedobrze. Nie musimy sobie wszystkie pomagać, ale mogłybyśmy nie przeszkadzać.

Ponarzekam: mam dość feminizmu narzekającego. Chcę optymistycznego. Ale o tym w drugiej części, najpierw ponarzekam o hipokryzji. Dziś będzie na gorzko.

Ktoś powie, że nie powinnam o tym mówić, ponieważ nie powinnam nam, feministkom, strzelać w kolano, ale proszę tym stwierdzeniem nie uciszać tych, którym pewne zachowania nas, kobiet, się nie podobają. I nie zakrywać się tym zdaniem, aby nie wytknąć niektórym to, jak beznadziejnie się zachowują.

Homo homini lupus. Raczej bym powiedziała, że kobieta kobiecie wilkiem, aniżeli człowiek człowiekowi wilkiem – mulier mulieri lupus. Lupus to inaczej po angielsku „toczeń”, czyli jedna z bardziej złośliwych chorób, której przyczyny są jeszcze nieznane. Wiadomo jedynie, że organizm zaczyna atakować sam siebie, niszcząc wszystko po drodze. Tak samo, nie wiem, skąd, do cipy Pana, u niektórych z nas bierze się zawiść względem siebie i autoagresja. W końcu jako jedna płeć powinnyśmy tworzyć jeden organizm. Zamiast wzmacniać nasz układ odpornościowy, działamy na jego niekorzyść. Wiele z nas zapomina, że gdy zaczniemy go wyniszczać – poskładamy się wszystkie. Poodpadają nam, jak trędowatym, ręce, których już sobie nie podamy do współpracy… Albo inaczej – dosłowniej – ręka ręki już nie umyje. Ani nie zrobi sobie dobrze.
Niektóre dochodzą samodzielnie, na własną rękę, inne zaś potrzebują masturbować się dyskredytowaniem innych. Sprowadzeniem ich do pozycji biernej:

„Nie wychylaj się, a ja będę zbierała oklaski. Leż i nic nie rób, a ja będę w ekstazie krzyczała, że o siebie wzajemnie nie dbamy”. Sado-maso hipokrytek.

Chcecie wiedzieć, jak naprawdę wygląda moje środowisko? Środowisko feministek? Przykro mi to powiedzieć, może sama się tym okaleczę, ale wolę pokazać nagą prawdę. Może za moment będę kompletnie goła i bezbronna – rozkraczona, z myślami wyciągniętymi bezwstydnie na wierzch – ale nie będę gołosłowna. Dlatego też podam parę przykładów, które mnie spotkały – zdzieliły po twarzy. 3xK. Kongres, kobiety, książka. Oto sztuka w trzech aktach. Kurwa, kurwa, kurwa mać.

KONGRES KOBIET

Super, że są takie spotkania jak Kongres Kobiet. Super, że porusza się tematy, które mówią o przemocy wobec kobiet, o prawie, które jest nieprzychylne wobec nas w pewnych kwestiach. Ale pod tą całą piękną warstwą tych spotkań są liderki, które gówno wiedzą o prawdziwym feminiźmie, a jedynie o nim pieprzą.
1) Pamiętam, gdy pewna czołowa liderka feministyczna w naszym kraju z okazji Dnia Kobiet na jednym ze spotkań feministycznych mówiła, jak to kobiety ze sobą nie trzymają; jak to odbierają blask innym kobietom, umniejszają je po to, aby tylko jedna pozostała tą przodującą. Oczywiście, wszystkie z nas ją oklaskiwałyśmy, ponieważ miała rację. Niecałe trzy miesiące później w Pałacu Kultury odbył się Kongres Kobiet, na który z chęcią poszłam, żeby posłuchać jak ta sama czołowa feministka na scenie, nagle, w trakcie wystąpienia, zaczęła przekrzykiwać inną kobietę. Liderka feministek zaczęła ośmieszać tę kobietę, która… miała to samo zdanie, co ona. Dyskredytowała tę drugą feministkę, aby wszyscy mieli słuchać tylko jej samej. Aby nie daj Boże, inna nie miała czegoś do powiedzenia. Czołowa liderka sama odbierała głos i światło drugiej kobiecie, która mówiła tym samym głosem, co ona. Ale nie mogła pozwolić przecież na to, aby przodowała inna. Kobieca solidarność. Brawo…

2) Inna sytuacja na Kongresie Kobiet: Poszłam na panel dyskusyjny, który poruszał kwestię sztuki. Nawet w okularach niewiele widzę, więc poszłam na sam przód. W pierwszym rzędzie siedziała kobieta z wyrazem twarzy, jak zaciśnięta pięść: może miała zły dzień, ale spoglądała na wszystkie tak, jakby ich nienawidziła. Obok niej były dwa wolne siedzenia, dwa z nich zajęła jej torebka. Uznałam, że komuś zajęła miejsce, inaczej by mi ustąpiła, jak normalny człowiek. A ja jak normalny człowiek nie chciałam przeszkadzać, siedząc z przodu, ponieważ każdy szept było słychać. Więc przycupnęłam przy kolumnie. Nie była to wygodna pozycja, ale siedziałam tak, wsłuchana w panelistki, gdy pewna znana z mediów, jedna z czołowych feministek w Polsce, stanęła obok nas i wtedy… Kobiecie-z-obrażoną-na-cały-świat-twarzą nagle wybuchnął uśmiech na twarzy do znanej-z-mediów-feministki i natychmiast zabrała swoją torebkę, mówiąc przesłodkim głosem:
- Ależ niech pani siada! – przedstawiła się uroczo, nalegała, aby ta z nią usiadła, poczym dodała, gdy ta oponowała – Ależ neich pani usiądzie: w końcu trzeba sobie wzajemnie pomagać, my, kobiety, nawet przy małych kwestiach.

Mam dziwne wrażenie, że wiele z nas, kobiet, mówi o tym, że chcemy liderek w feminizmie, ponieważ chcemy równości, ale w praktyce to się nie sprawdza – wiele z czołowych i rozpoznawalnych feministek sama pcha się, aby być tymi głównymi, na które pada światło reflektorów, a równość w ich przypadku polega na tym, że starają się dosięgnąć tych, które są na górze i chcą z nimi się zrównać. Tylko wtedy przejawia się równość i wspólna walka, kiedy można ogrzać się w blasku innych. Bo nie sztuką jest tagowanie zdjęć ze znanymi paniami i dziękowanie znanym paniom, żeby wszyscy widzieli, z kim się przyjaźnimy, ale realne pomaganie tym mniej znanym (i nie – nie mówię tu o sobie i nie uważam, że mi się należy coś; jak ktoś chce interpretować po swojemu, to ja nie pomogę).

Niektóre dochodzą, gdy są na szczycie. Przede wszystkim ponad innymi kobietami; gdy mogą masturbować własne ego, wiedząc, że inne kobiety są pod nimi. I szczerze? Niech się pieprzą – same się zetrą aż do kości i tylko pył z nich zostanie.
KOBIETY LIDERKI

Pojechałam na wywiad, o który poprosiło mnie pewne znane ugrupowanie kobiet, ponieważ w tamtym okresie zależało im na promocji. Rozumiem, jest sprawa, trzeba nagłośnić. Zapytałam, czy możemy spotkać się w centrum, bo to po prostu wszystkim po drodze.

- Nie, centrum nie. Za daleko. Ja w domu z dzieckiem siedzę.

No jak z dzieckiem, to OK. Pełne zrozumienie, wykiełkował we mnie natychmiast solidarnościowy instynkt.

-Zatem sama podjadę, a dokąd?

-Do Raszyna.

Zima. Śniegu było wtedy pełno, normalnie zaspy, więc musiałabym jechać przez niemalże całą Warszawę komunikacją miejską (Chomiczówka), co zajęłoby mi wówczas 2h, aby przeprowadzić wywiad. Wywiad, na którym im zależało.

- Wyjadę po panią, od autobusu musiałaby pani jeszcze iść dwadzieścia minut.

Pojechałam. Głupia. Nikt po mnie nie wyjechał. Dostałam tylko instrukcje, gdzie, ostatecznie, mam iść. Od razu dałam jej rozgrzeszenie i wypisałam usprawiedliwienie w myślach – może ma “chorom curke”. To oczywiste! Musi się nią zająć!

Doszłam w tym śniegu do domku kilkupiętrowego, w nosie igloo, brwi ze szronu, ale gdzie by tam mi coś gorącego do picia zaproponować… Rozgrzeje się zadawaniem pytań. Nie będę marudziła.

Przeprowadziłyśmy wywiad, mówiłyśmy o sprawach ważnych dla kobiet, o prawie, które jest nam nie na rękę, m.in. o prawie, które nie chroni kobiet.

- Działamy lokalnie, aby zdziałać globalnie. W pewnym momencie druga członkini kobiecego stowarzyszenia również tam obecna, wplątała w naszą rozmowę. I pada, że jej były mąż bił ją. Tak nagle. Konsternacja. Liderka, do której domu przyszłam, prychnęła, śmiejąc się na całe gardło:- Gdzie cię bił! Gdzie on tam cię bił! Co ty opowiadasz?!

Nie powinnam być świadkiem takiego komentarza ani jako gość, ani dziennikarka. A przede wszystkim jako kobieta. Pomijam fakt, że miałam napisać tekst i przekonać innych jak prężnie na rzecz kobiet działa to stowarzyszenie. A tu nie tylko policzek, kuksaniec na “uspokój się, nie teraz”, ale wpierdol na moich oczach. Dyskredytacja koleżanki. Dyskredytacja ofiary przemocy. Czy na tym polega solidarność i wsparcie, kiedy ktoś się obnaża? “Co ty opowiadasz”? To wszystko? Zmroziło mnie.

W trakcie wywiadu z pokoju wybiegł chłopiec, syn Liderki. Za nim opiekunka.

- A tak, mam nianię: nie pracuję, ktoś musi dzieckiem się zajmować, gdy pójdę do ogrodu czy pojadę na miasto.

“Nie wyjadę po panią, mam chore dziecko”. Aha.

Nie będę wymieniać tej pani z nazwiska i wywoływać do tablicy czy odpowiedzialności. Nie dlatego, że się boję. Nie będę dyskredytować i linczować publicznie. Chciałabym jednak, aby te liderki, kobiety działające niby na rzecz innych, przez moment zastanowiły się nad sobą samymi zamiast wytykać wciąż innym, że są “nie fair”. Bo za głoszonymi mądrościami powinny iść przykładne zachowania w stosunku do innych kobiet. Bo zamiast działać w dobrej sprawie, mogą zacząć działać przeciwko. Ofiar przemocy się nie dyskredytuje.

Nie wymieniam imion i nazwisk, nie dlatego że się boję, ale dlatego że:
A) To nic nie da, a tylko sprawi, że poczuję atak na siebie i zamiast zastanowić się nad sobą, zaczną utwierdzać się, że są w porządku, tylko „ktoś inny jest nie fair”
B ) mimo wszystko te kobiety mówią mądrze i nie chce ich dyskredytować, ale chciałabym, aby zaczęły też się zachowywać.

Wspomnę jedynie, że była to jedna z głównych uczestniczek Kongresu Kobiet.

 

A CO ZAŚ TYCZY SIĘ ZNANYCH FEMINISTEK, MÓWIĄCYCH O SOLIDARNOŚCI:

NIGDY nie oczekiwałam i nie miałam pretensji, że ktoś mojej pierwszej książki nie chce przeczytać. Mówię to tak, żeby była jasność.

Ktoś powie, że nie ma baba (ja) nic lepszego do roboty, więc się przypierdala. Durnej babie się nudzi. Durnie się czepia, ale po durnych, czyli takich zwykłych, ludzkich, codziennych zachowaniach, gdy kamery nie patrzą i nie trzeba udawać, można poznać naturę człowieka.

Ktoś powie, że to jednostkowe sytuacje. Jak w każdym środowisku. Że o niczym to nie świadczy. Ale świadczy. Jak najbardziej. Skoro moje feministyczne środowisko wymaga, aby księża, którzy mają świecić przykładem nie powinni innych ranić, to tym bardziej to zjednoczone kobiece zgromadzenie zamiast tylko krzyczeć o solidarności – powinno sobie pomagać i się wspierać.

Nigdy nie miałam pretensji, że ktoś nie chce przeczytać mojej pierwszej książki. Zależało mi na opinii, nie na recenzji. Dlatego, gdy pisałam do pewnych znanych dziennikarek feministycznych, które na swoich fanpageach i Twitterach piszą o feministycznym, siostrzanym, pomocniczym, solidarnościowym wsparciu* (*bla bla bla), czy nie zechciałyby przeczytać mojej książki, zaznaczałam: „Do niczego nie jest Pani zobowiązana: jeśli książka się nie spodoba, to może ją Pani wyrzucić. Wydawnictwa pisały, że kobiety nie powinny tak pisać o seksie; że powinny pisać słodko z happy endem, że każda bohaterka jak Carrie powinna spotkać swojego Biga. Wydawnictwa nie chcą promować książek pisanych przez kobiety w ten sposób, a ja jestem ciekawa Pani opinii. Rozumiem, jeśli nie ma Pani czasu i że jest zasypywana takimi propozycjami – proszę dać znać, czy mogę wysłać, a co Pani z tym zrobi – pozostawiam Pani woli”. Zdziwiłam się nieco, gdy od sióstr feministek, które podkreślają w mediach, jak to kobiety sobie nie pomagają, a przecież powinny, zaczęłam otrzymywać odpowiedzi różnej treści…

Od jednej literatki-feministki usłyszałam, że ona już swojego cyklu książkowego (nie powiem, jakiego) nie prowadzi, więc nie może mi pomóc, choć bardzo by chciała. „Chciałabym, ale jednak nie chciałabym”. Dwa dni później ta literatka-feministka krzyczała w mediach, że kobiety nie chcą siebie wzajemnie w sztuce wspierać, ponieważ siebie wzajemnie nie promują; „nie jesteśmy względem siebie siostrzane…”. Dzięki, „Siostro”. Inna dziennikarka – z tej samej półki, feministka/intelektualistka – po prostu nic mi nie odpisała, choć widziałam, że pod selfiakami aktorów, celebrytów chętnie pisała pochlebne komentarze. Na lans czas zawsze się znajdzie. I na medialne pościki o ignorowaniu kobiet. Oby lajki się zgadzały. Ponownie mnie zignorowano, ale na pokaz wielkie hasła: wspieram, promuję, daję głos!

Gówno prawda. I jedna i druga przepchałyby się łokciami, oby to one były na pierwszym planie, w roli Oskarowej, gdziekolwiek nie istnieją – w biznesie, telewizji czy w mediach. Wielka mi sztuka promować znane nazwiska! Ale tak można sobie wyślizgać widoczność. Kalkulacja tego co się opłaca to nie uprawianie feminizmu, a śliska osobowość. Bo w kolorowym telewizorku łatwo o czymś pieprzyć, aniżeli coś realnie robić. Oczojebny image jest bardziej kolorowy niż smutna, bo prawdziwa rzeczywistość.

AKT KOŃCOWY
Mój poprzedni wydawca przez 2 lata nie wypłacał mi należności za moją książkę. Dodatkowo przez rok prezes zbywał mnie i nie poczuwał się do obowiązku, aby mi cokolwiek odpisać. Bo po co? To, że ktoś pracuje w kulturze, nie znaczy, że musi być kulturalny. Nie chciałam przez 2 lata napisać o tej sytuacji, ale nie został mi żaden inny wybór, skoro moje maile były przez tyle czasu ignorowane. Napisałam o tym na blogu. Wiedziałam, że dopiero coś ruszy, gdy sprawę się nagłośni. Wiecie, kto mi pomógł? Jedna koleżanka. I mężczyzna. Znany dziennikarz. Tylko ich dwoje. Bezinteresownie. Bez korzyści.

Zanim zrobiło się o tym głośno, napisałam do pewnej znanej pisarki. Ta też głosiła piękne, oklepane hasła o solidarności jajników. O tym, że wydawcy nie traktują kobiet pisarek poważnie, zatem ona zakłada wydawnictwo, w którym będzie miejsce dla autorek, które miały problemy takie, jak ja. Zarzekała się w mediach, że będzie na każdym polu pomagała innym kobietom. Brawo, bravissimo! Serce rośnie! Napisałam do niej wiadomość. W telegraficznym skrócie, bo jakbym miała pisać całość to powstałaby epopeja, a ja nie umiem opowiadać od punktu A do punktu B. U mnie od razu cały alfabet.

- Dzień dobry (wyjaśnienie sytuacji). Skoro Pani również miała taką sytuację, to może nagłośni i moją sprawę, aby wydawcy nie czuli, że są równiejsi i udostępni pani mój post?

Odpowiedź:

- Ale to pani chce, żebym pani książkę u siebie na stronie umieściła, aby sprzedawać?

Nie wiem, dlaczego pomyślała o tym, skoro nic o sprzedaży słowem nie wspomniałam. Nie wiem, dlaczego, gdy piszę o poście, ona od razu chce zarabiać na mojej książce. OK, pomyślałam, może się nie zrozumiałyśmy. Wyjaśniłam: Pani posłucha, ale mnie chodzi o post o wydawcach. Działajmy lokalnie, a potem globalnie.

- Skoro pani chce, aby pani książka była u mnie sprzedawana na stronie, to niech pani mi ją podeśle.

Nie, no, idiotka, czy tylko udaje? Ewidentnie nie chce mi pomóc. Inaczej byłaby to krótka piłka i gol, udostępnienie postu. Post się jednak rozprzestrzenia. Znajomy, dziennikarz, nagłaśnia sprawę – wywołuje do tablicy wspomnianą w komentarzu – „Miałaś chyba podobną sytuację, chciałabyś się wypowiedzieć?”. Krótko. Bez mydła i wody. Na sucho. Nie może już publicznie udawać, że tego nie rozumie. I co czytam w odpowiedzi, gdy pani pisarka-feministka już musi publicznie coś powiedzieć? „Znam sytuację, jesteśmy z Autorką w stałym kontakcie”. Ktoś włamał mi się na pocztę i za mnie z nią pisze, że jest w “stałym kontakcie”? Może ja gdzieś między wierszami coś takiego napisałam, że pisarka-feministka uważa, że nadal mamy kontakt po tym, gdy nie było od niej odzewu? Czy to może ja jestem idiotką i nie kumam czaczy?

Dopiero gdy zrobiło się głośno o nieuczciwym wydawcy, a ludzie zaczęli post udostępniać to i pisarka-feministka w końcu się nad nim pochyliła. I udostępniła! Ba! Jesteśmy w stałym kontakcie!

- Pieprzona pijawka – pomyślałam brzydko i już miałam się skarcić w myślach za wyzwiska, gdy nagle pisarka-feministka zaczęła publicznie pisać:

„Teraz jesteśmy razem! Teraz kobiety rozwalą ten system!”.

Hola, hola. Jakie my? Najpierw zbywasz mnie ciszą, a kiedy zaczęto o mnie pisać to podpinasz się jak ramiączko do stanika i na barykady: WALCZYMY! Teraz MY? No tak, przecież nie można być w tyle za tym, co się klika. Ręki podać nie chciałaś, ale jest fejm to i Ty w nim dupę wygrzejesz. Nie. Aposzłaty.

Krzyczeć jest łatwo. Lansować się na innych jeszcze łatwiej. Dziękuję za taki feminizm i takie wsparcie. Wiecie o kim mówię w każdym akcie. Znacie je i obserwujecie. I kiedyś Wy wszystkie, drogie Panie pisarki, artystki, dziennikarki, zostaniecie ze swojego zachowania rozliczone. Bo karma to nie feministka i wali w ryj na ślepo.

I ŻEBY BYŁA JASNOŚĆ:
to, że zwracam uwagę, nie znaczy, że pluję jadem.
To, że mówię, że pewne czołowe feministki dopchały się do mikrofonu, nie znaczy, że mają rację w swoich zachowaniach.
Mimo wszystko te kobiety mówią mądrze i nie chce ich dyskredytować, ale chciałabym, aby zaczęły też się zachowywać. Bo skoro mówią o tym, że feminizm nie rośnie w siłę, że jest nas za mało, to zastanówmy się, dlaczego.
Działajmy lokalnie, aby zdziałać globalnie.

GRUPY FEMINISTYCZNE.
Krótko: one nie dadzą Waszego tekstu, nie popromują – nie mówię o moim blogu, ale o tych fajnych, a równie mało znanych co mój blog.
Bo po co miałyby to robić? Nie daj Jahwe, jakaś feministka będzie słyszana, a nie one; te, które chcą być czołowymi feministkami. Jedynie słyszanymi, którym „wcale nie zależy na rozgłosie”.

Mam dziwne wrażenie, że wiele z nas mówi o tym, że nie stawiamy na liderki, ponieważ chcemy równości, ale w praktyce to się nie sprawdza – wiele z czołowych/rozpoznawalnych feministek pragnie sama pcha się, aby być tymi głównymi, na które pada światło reflektorów, a równość w ich przypadku polega na tym, że starają się dosięgnąć tym, które są na górze i z nimi się zrównać. Tylko wtedy przejawia się równość i wspólna walka, kiedy można ogrzać się w blasku innych.

Nie sztuką jest tagowanie zdjęć ze znanymi paniami i dziękowanie znanym paniom, żeby wszyscy widzieli, z kim się przyjaźni, ale realne pomaganie tym mniej znanym (i nie – nie mówię tu o sobie i nie uważam, że mi się należy coś; jak ktoś chce interpretować po swojemu, to ja nie pomogę).

fot: shusaku1977

ABSURDALNA NADGORLIWA POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA
Serial „Przyjaciele” był moim ulubionym przez długie lata, dopóki ktoś mi nie powiedział, że jest seksistowski i homofobiczny. Mój ulubiony serial jest anty-feministyczny
Homofobiczny, ponieważ śmieją się z osób transseksualnych, rasistowski, ponieważ nie ma ani jednej czarno-skórej postaci wśród grupki sześciu przyjaciół, a seksistowski, ponieważ śmieją się z osób otyłych, a Rachel ma romans ze swoim asystentem, co nie jest tak naprawdę romansem, a mobbingiem….

Zacznijmy od tego, że jak dla mnie to jest szukanie – mówiąc elokwentnie – drugiej dziury w dupie. Doszliśmy do takiego ekstremizmu, żeby przestaliśmy mieć dystans do siebie i świata (w granicach smaku) i staliśmy się nadwrażliwi na punkcie… wszystkiego.
Jak również od tego, że ten serial komediowy pokazywał czasy, w jakich żyli główni bohaterowie: lata 90-te, kiedy to właśnie ludzie nieco inaczej do siebie podchodzili. Każdy sam z siebie się śmiał.
W serialu „Współczesna rodzinka” mamy małżeństwo homoseksualne i tam również śmieją się z gejów, jak również sami z siebie się śmieją.

Rasistowski, ponieważ nie ma bohaterów czarnoskóych/agroamerykanów*. Z tego, co pamiętam, w serialu była przez wiele odcinkó Charlie, czarnoskóra/afroamerykańska pani profesor, w której zakochanych było dwóch mężczyzn, a ona była najinteligentniejszą z kobiet.

W serialu „Fresh prince of Bel-Air” czy „Bil Cosby show” byli sami afroamerykańscy/czarnoskórzy bohaterowie, którzy na okrągło żartowali sobie z „białasów”, używając to słowo. I nikt nie oburzał się z tego powodu.

Swoją drogą, oglądając te trzy seriale – dopóki ktoś nie pokazał mi palcem, nawet postać Charlie – nie widziłam tu ras, nie wyróżniałam postaci czarnoskóre od afro-amerykańskich. Po prostu, jak dziecko, widziałam ludzi.
Nieco jak z Conchitą Wurst: oglądałam, jak śpiewa, podobało mi się, aż po jego występie ktoś mi powiedział, że ten mężczyzna miał sukienkę. Na co się zdziwiłam, że nawet tego, kuźwa, nie zauważyłam. Dlaczego? Bo mi to, kuźwa, nie przeszkadza. Tak samo rasy u bohaterów w serialach.

*Nie wiem już, jaka forma jest najabrdziej poprawna politycznie, ponieważ wczoraj mówiło się „afroamerykanin”, ale ostatnio zaczęłam słyszeć, że jest to „słowo białasów”.

Seksistowski, ponieważ śmiano się z Moniki otyłości – śmiano się z tego, że była gruba, ale nie dlatego że była chora. Śmiała się sama z siebie, ponieważ w tamtych czasach bohaterowie mieli dystans do siebie.
I choć jestem przeciwko homofobicznym, rasistowskim żartom, brakuje mi luzu i dystansu do samych siebie. Teraz, żeby serial nie obraził niczyich uczuć religijnych czy seksualnych, powinien mieć za bohaterów postaci z każdej mniejszości seksualnej i rasowej: mądry murzyn/czarnoskóry/afroamerykanin, azjatycki gej, który nie jest inteligentnym informatykiem lub matematykiem, żeby nie było stereotypu o Azjatach, ale jednocześnie musi być inteligentny, żeby nie było, że obraża się Azjatów i przydałaby się transpłciowa postać, żeby nie było niejasności i niepewności, że ten serial nie uwzględnia mniej uprzywilejowanych przez społeceństwo.

Jak również był rasistowski, ponieważ Rachel miała romans ze swoim podwładnym. Ale dziś ten romans nie nazywa się romansem, ale mobbingiem. Nie szkodzi, że Rachel go nie napastowała i że nie groziła mu i nie dawała odczuć, że go zwolni, jeśli nie będzie spełniał jej próśb, ani też nie stawiała go w niewygodnych sytuacjach. Pomijam, że Tag (asystent) sam był oczarowany w Rachel i sam chciał z nią być i to on zainicjował ten związek. Nie szkodzi, to jest uważane za molestowanie seksualne, mimo tego że Rachel nie wykorzystywała swojej pozycji, aby go wykorzystywać seksualnie.

Należy zaznaczyć, że seksizmem było to, że Ross nie tolerował maniego – męskiej niani – dla swojej córki. Owszem, był Ross pełen uprzedzeń, ale w tamtych czasach, paręnaście lat temu, kiedy powstawał ten odcinek, mężczyźni właśnie takie mieli podejście. I nie – nie mówię, że to jest dobre, nie wciskajcie mi tego w usta, zboczeńcy. Mówię, dlaczego Ross tak zareagował. Dla niego było to tak niespotykane, ale dlatego śmiali się z samego Rossa w tym serialu, wytykając jemu brak męskości, którą to odbierał mani – męskiej niani. Zatem akurat ten argument jest invalid, ponieważ właśnie pokazali tym samym ograniczone podejście mężczyzny.

Homofobiczny. Ponieważ Chandler bardzo chciał udowodnić, że nie jest gejem, bo mu tak zarzucano.
To ma być homofobiczne? Ponieważ chciał znaleźć partnerkę, a mit, że był gejem, odsuwało potencjalne kandydatki od niego, było homofobiczne? Serio?
Swoją drogą, wiele razy Joey podkreślał, że nie przeszkadza mu, jeśli Chandler jest gejem - NIKOMU to nie przeszkadzało – a sam Joey mówi, że nie ocenia przecież. Więc gdzie tu homofobia?

Monty Pythona też powinno się zbanować zatem, ponieważ w ich ekipie nie ma kobiet. W „Sensie życia…” kobiety biegają topless – choć mnie to nie bawi, nie znaczy, że będę zabraniała innym tego robić.
I powiem stary argument: jeśli ktoś nie ma dystansu do siebie, do świata, to niech nie ogląda żadnych seriali komediowych.

Ale to, że serial śmiał się z samych Amerykanów – śmiali się sami z siebie – że nie należą do zbytnio intelignentych i wykształconych, to już tego nikt nie zauważył.
Czy też to, że pokazany jest ślub lesbijski i ich wychowywanie syna jako coś dobrego i normalnego, zostało pominięte przez przeciwników tego serialu.

Był też przecież pokazany ojciec Chandlera jako postać transpłciowa. Ojciec Chandlera był dobrą osobą, co podkreślała Monica, zaznaczając, że ważne, że był z Chandlerem, gdy ten dorastał, a to że Chandler nie miał z nim dobrych relacji? Well, duuh! Chandler z obojgiem rodziców nie miał dobrych relacji – miał do nich pretensje m.in. o rozwód.

I jeśli już mamy się czepiać wartości, to raczej plusem jest to, że nie potępiał seksualności Phoebe czy jakichkolwiek seksualno-partnerskiego podejścia Rachel i Moniki.
Ba! Pokazuje, że Rachel nie będzie potępiana, ponieważ zaszła w ciążę z mężczyzną, który nie był jej nawet narzeczonym, ani partnerem życiowym, a ona postanawia normalnie wychowywać dziecko, jakby nikomu nie przeszkadzało, że będzie ono – och nie! – nieślubne! O zgrozo! Cóż za seksizm!

Bo serial jest pełen tolerancji, przyjaźni, jest optymistyczny. Nie nawołuje to nienawiści, wyśmiewania się z mniejszości, wręcz przeciwnie, a jeśli już nawołuje do śmiania się z kogokolwiek, to z samych siebie.
Zatem jeśli to ma być antyfeministyczny serial, to nie jest to mój feminizm.

JĘZYK
Mam dość tego rodzaju feminizmu w Polsce, w którym nie ma dystansu, poczucia humoru, czegoś mniej nadętego i mniej zaciekłego, co nam pokazują te czołowe ugrupowania feministyczne. Nie do końca odpowiada mi pseudo-intelektualny język, który jest stosowany tylko po to, aby uchodzić za nadętego pseudo-intlektualistę. Napiszę parę razy „dyskurs” w połączeniu ze „swoistym”, żeby uchodzić za poważniejszą. Posługiwanie się przeintelektualizowanym językiem na blogu byłoby pretensjonalne i ewidentnym wywyższaniem się. Nie jest to sztuką, ale sztuką jest przemówić do ludzi językiem prostym. Czy kiedy lekarz czy misjonarz leci do Afryki, by tam pomagać i nawoływać, to przemawia do ludzi w swoim języku, czy uczy się ich języka, żeby zrozumieli, co ma on do przekazania?Nie muszę łechtać swego ego siląc się na skomplikowany język.

Ok, one też są potrzebne w naszym kraju, jak taka zróżnicowana dieta w menu (tak, wszystko porównuję do jedzenia, bo kocham jeść), ale nie podoba mi się podejście:
- Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam.
Nie podoba mi się uczuleniowa i agresywna reakcja, kiedy mówię, że po co to zawzięcie i żółć, kiedy można wyluzować:
- No tak! Bo jak kobieta upomina się o swoje, to jest zawzięta!
Tylko dlatego, że mam inny język do tłumaczenia innym, czym jest feminizm, sama jestem atakowana przez pewną grupę feministyczną, która narzuca innym, czym naprawdę jest feminizm. Ale to według nich. A każda, która uważa inaczej, nie jest feministką. Choć same jednocześnie mówią o solidarności i trzymaniu się razem.
I mówię tu o konkretnej grupie feministycznej. Wolę połykać tęczę niż żółć.

 

WYGLĄD
Pewna grupa feministyczna zarzuca mi (aż wstyd to mówić…), że nie jestem prawdziwą feministką, ponieważ… Namawiam do zdrowego życia, zarzucając mi, że pewnie trenuję i ćwiczę dla mężczyzn; że niby naczytałam się pism kobiecych, poddałam się modzie i dążę do nieosiągalngo ideału….

Nie, nie uważam, że „prawdziwe kobiety” mają krągłości. Jest to bardzo antyfeministyczne, ponieważ wrzuca „kobiecość” do jednego worka, nie pozwalając innym kobietom być inne. Taka postawa nie zrobi z was feministek.
Ja nie jestem do tego przyzwyczajona: całe życie uprawiałam jakiś sport, ponieważ nie lubiłam siedzieć na kanapie i nic nie robić. Za długo siedziałam przed książkami i lekcjami, że nie mogłam sobie tego odbić. A jeśli nawet nie chodziło o uprawianie sportu, to po prostu moja matka nie karmiła mnie cukrem i tłuszczem, ale normalnym jedzeniem i byłam zawsze zdrowym osobnikiem. Jem dużo, ale nie byle co, ponieważ jestem osobą inteligentną i widzę zależność między jedzeniem byle czego, a chorobami. Bo takie byle jakie jedzenie właśnie prowadzi do cellulitu i nadwagi. Parę kilogramów więcej nie robi różnicy, owszem, ale kilkanaście? I kilkadziesiąt? To nie przychodzi w ciągu tygodnia, ale to jest konsekwentne pracowanie na to latami, aby być otyłą i chorą.
I same nie róbcie „body shaming” w stosunku do szczupłych kobiet: „Pewnie nic nie je. Wolę być szczęśliwa, niż się głodzić”. Jak wy możecie tak mówić? To, że któraś ma silny charakter i walczyła ze swoimi słabościami i ćwiczyła, to znaczy, że należy ją karać zawstydzając? Niektóre zamiast tworzenia mięśni i kondycji i silnego charakteru, tworzą wymówki, żeby się nie ruszyć. Owszem, dla mnie otyłość to oznaka słabego charakteru. Że nie siedziała na tyłku, tylko coś ze sobą robiła i to jeszcze po pracy, po studiach, po tym jak zajęła się swoimi dziećmi? Bo siedzenie na tyłku to żadna sztuka. Lenistwo to nie sztuka. I nie trzeba się katować na siłowni – wystarczy przestać jeść śmieciowe jedzenie.
I nie mówcie, że osoby grube są szczęśliwsze. Może na chwilę, jak zjedzą czekoladę, ale to sport wytwarza większy poziom serotoniny i dopaminy i na dłużej. To sport sprawia, że np. później macie ochotę i siłę na seks. Otyłość – wręcz przeciwnie. To osobom grube mają mniejszy apetyt na seks.
„Mojemu partnerowi podobam się taka, jaka jestem. Krągła”. No i to jest dopiero antyfeministyczne. Bo bycie szczupłą czy fit nie jest dla waszych mężczyzn, czy jakichkolwiek mężczyzn, ale dla was to ma być. A przede wszystkim dla waszego zdrowia. „Zatem ja uważam, że jestem piękna”. Ja nie widzę niczego pięknego w otłuszczonych narządach wewnętrznych. W tym, że ciało jest pokryte tłuszczem, zamiast potem po siłowni, czy bieganiu. Widzę bycie sexy w silnym charakterze. Ponieważ należy dbać o swój rozwój zarówno intelektualny, duchowy jak i fizyczny. Dla mnie nicnierobienie to nic pięknego.
„Ale to moja sprawa, jaka jestem”. Ok, wasza, macie rację. Chcecie siebie doprowadzać do ruiny? Macie rację – nie wtrącajmy się. Ale niech inne kobiety również nie wtrącają się do kobiet, które są za chude. Owszem – nie jestem za tym, żeby pokazywać w mediach, że jedynie nieskazitelne, młode ciała są piękne. Ale skoro potępiamy anoreksję, to również powinnyśmy potępiać otyłość.
Wiemy, że po 30. nasze ciała żyją własnym życiem i się nas nie słuchają, a z wiekiem jest coraz gorzej – prawda to. Jeśli kobieta jest po ciąży, to ciężko, żeby miała nieskazitelnego brzucha: bez rozstępów, jędrne, bez blizn. Ale jeśli jest to młoda dziewczyna, przed ciążą, to raptem parę procent tych otyłych młodych dziewcząt jest otyła przez chorobę (np. problemy z tarczycą). Wiem, ponieważ z takimi ludźmi pracowałam. Jak również raptem parę procent tych naprawdę szczupłych kobiet jest szczupła, wręcz chuda przez geny. Reszta zaś doszła do momentu, kiedy uznali, że na początku chudli, ale później było już ciężej – bo najpierw schodzi woda z organizmu. Bądź też, że skoro już schudli 5 kg w ciągu miesiąca, mogą zrobić sobie przerwę. Albo też doszli do tego momentu, że uznali, że dieta jest nie dla nich, bo nic im ona nie daje, choć lekarze alarmują, żeby zaprzestać jeść śmieciowego jedzenia. Nie jest sztuką doprowadzenie swego ciała do choroby, jaką jest otyłość, żeby w następstwie tej choroby zacząć chorować na m.in. wczesne zagrożenie zawałem serca, wczesne przeciążenie stawów, miażdżycę, cukrzycę, zwyrodnienie kości, choroby układu oddechowego, zaburzenia hormonalne oraz choroby nowotworowe etc. Sztuką jest codziennie wstawać i mówić sobie „dam radę”. Bo zaczyna się od sportu – jaki by to nie był – a kończy się na życiu, ponieważ sport zmienia postrzeganie rzeczywistości. Uprawianie sportu wzmacnia charakter i zmienia mentalność. Zaczyna się od tego, że myślisz sobie, że nie dasz rady wytrzymać na zajęciach, ale okazuje się, że ogromną siłę mają tak naprawdę nie mięśnie, a myśli. I okazuje się, że jak uwierzysz, to już przeskoczysz połowę sukcesu. I dajesz radę i wytwarzasz sobie endorfiny w swoim organizmie, czyli hormony szczęścia. Widzisz? Jesteś swoją własną fabryką szczęścia. Nie wiedziałaś o tym, co? A te hormony uzależniają, bo przecież nikt nie chce być nieszczęśliwy w życiu. Więc znowu idziesz na trening taneczny, na zajęcia, na cokolwiek, i dajesz z siebie tyle samo i myślisz sobie, „O! To nie był przypadek, że mi się udało!”, więc na następnym treningu okazuje się, że dajesz z siebie jeszcze więcej. I zaczynasz się zastanawiać i wierzyć w to, że w życiu w innych sprawach też może ci się udać zrobić coś, w co nie wierzyłaś, że zrobisz tak jak na treningu.
I nie chodzi o BMI, które wymyśliły sobie gazety. Sama się dziwię, kiedy mając rozmiar 34 lub 36, w jakimś sklepie pokazuje mi, że to duży, albo bardzo duży rozmiar. Ale nie chodzi mi teraz o wymiary ustalone przez media, ale o BMI ustalone przez lekarzy, którzy mówią o zdrowiu.
Nie apeluję do kobiet, by były fit, apeluję do wszystkich ludzi, żeby nie tuczyli swoje dzieci, a potem dziwili się, skąd są choroby, cukrzyce, miażdżyce, zwyrodnienia stawów, kręgosłupów i kości.
Jest różnica między kobietą z krągłościami, a kobietą, która jest krągła.

 

POSTACI
Wyobraźcie sobie grę, np. futbolową: ktoś biegnie z piłką (tym jajem, co jest niby piłką) i już ma zdobyć punkt, widownia przygląda się podekscytowana, że zaraz ci wygrają, więc zdarzy się coś nowego – ciekawy zwrot akcji, kiedy to drużyna, na którą nikt nie stawiał, może wygrać. Zawodnik jest szybki, obrona świetna, wszyscy widzą, że jednak ta drużyna jednak ma talent. Poczym podbiega kolega z tej samej drużyny, wyrywa piłkę i wyrzuca w przeciwną stronę, gdzieś daleko, na oślep, na out. I zaczyna się cieszyć, jak ktoś nieco ułomny: wywala jęzor do widowni, robi dziwaczne miny i cieszy się, plując dookoła. I jest z siebie dumny, że nikt go nie rozumie i sam też nie rozumie, dlaczego drużyna się wścieka na niego. I już pomijam to, że media milczą na temat talentu pojedynczych zawodników czy też potencjale całej drużyny. Tylko mówi się o tym nieco upośledzonym zawodniku, wmawiając wszystkim, że cała drużyna to właśnie ten jeden zawodnik.
Tak właśnie czuję się w związku z Anną Zawadzką, kiedy to zaczęła być zapraszana do mediów i zaczęła się wypowiadać. I nie – nie odcinam się od niej tak samo, jak pozostałe kobiety wstydzą się przyznać, że są feministki, żeby nie zostały wyśmiane. Mi po prostu ta forma zachowania i ta forma dialogu nie odpowiada. I nawet jeśli pojedyncze feministki nie czują się ośmieszone, to nie zmienia faktu, że Anna Zawadzka ośmieszyła środowisko feministyczne. Nie uważam, żeby wywróciła do góry nogami stołu, przy którym siedzieli mężczyźni, budując nowy porządek. I nie chodzi o sytuację w kościele – super, że tam zaczęła głośno mówić, co Kościół wyprawia, bo wtedy zwróciła na nas, feministki, uwagę – chodzi o jej dalsze wywiadu. Nie zniszczyła dokonań feministycznych jednorazową sytuacją w kościele, ale całokształtem zachowań.
W studio TVN24 w „Tak jest” u Mrozowskiego nie odpowiadała na pytania, tylko prowadziła swój monolog, podczas gdy bez problemu mogła zbyć idiotyczne argumenty np. pana Zawiszy. Bez problemu mogła pokazać, że feministki to inteligentne istoty, z którymi można rozmawiać, nie zaś krzykaczki – bo tak siebie Anna Zawadzka zaprezentowała. W studio telewizyjnych przerywała i pokazała taki sam brak merytoryki i brak umiejętności odpowiadania na pytania, jak oszołomy z drugiej strony sceny politycznej. Zrobiła chaos i podniosła larum, ale niewiele wprowadzając czynami i słowami, ponieważ sama nie potrafiła rozmawiać.
W wywiadzie dla PudelekTV powiedziała, że dokonała aborcji – dobrze, że mówi o tym głośno, żeby ludzie widzieli, że to się dzieje, że kobiety dokonują tego zabiegu, bo takie jest życie – ale powiedziała to nie nawiązując do zadanego jej pytania. Było to nieco (mówiąc kolokwialnie) od czapy, poczym powiedziała, że nie będzie o tym mówiła publicznie.

Ja wiem, że media wyłapują tylko te najbardziej skrajne i najbardziej kolorowe (w negatywnym tego słowa znaczeniu) jednostki, stawiając je za wzór feminizmu, aby straszyć dzieci na dobranoc.
Ale my same nie pozwalajmy sobie strzelać w kolano.

Żadna Kolejna miłostka

Ktoś powie, że nie ma baba (ja) nic lepszego do roboty, więc się przypierdala. Durnej babie się nudzi. Durnie się czepia, ale po durnych, czyli takich zwykłych, ludzkich, codziennych zachowaniach, gdy kamery nie patrzą i nie trzeba udawać, można poznać naturę człowieka.

Ktoś powie, że to jednostkowe sytuacje. Jak w każdym środowisku. Że o niczym to nie świadczy. Ale świadczy. Jak najbardziej. Skoro moje feministyczne środowisko wymaga, aby księża, którzy mają świecić przykładem nie powinni innych ranić, to tym bardziej to zjednoczone kobiece zgromadzenie zamiast tylko krzyczeć o solidarności – powinno sobie pomagać i się wspierać.

Nigdy nie miałam pretensji, że ktoś nie chce przeczytać mojej pierwszej książki. Zależało mi na opinii, nie na recenzji. Dlatego, gdy pisałam do pewnych znanych dziennikarek feministycznych, które na swoich fanpageach i Twitterach piszą o feministycznym, siostrzanym, pomocniczym, solidarnościowym wsparciu* (*bla bla bla), czy nie zechciałyby przeczytać mojej książki, zaznaczałam: „Do niczego nie jest Pani zobowiązana: jeśli książka się nie spodoba, to może ją Pani wyrzucić. Wydawnictwa pisały, że kobiety nie powinny tak pisać o seksie; że powinny pisać słodko z happy endem, że każda bohaterka jak Carrie powinna spotkać swojego Biga. Wydawnictwa nie chcą promować książek pisanych przez kobiety w ten sposób, a ja jestem ciekawa Pani opinii. Rozumiem, jeśli nie ma Pani czasu i że jest zasypywana takimi propozycjami – proszę dać znać, czy mogę wysłać, a co Pani z tym zrobi – pozostawiam Pani woli”. Zdziwiłam się nieco, gdy od sióstr feministek, które podkreślają w mediach, jak to kobiety sobie nie pomagają, a przecież powinny, zaczęłam otrzymywać odpowiedzi różnej treści…

Od jednej literatki-feministki usłyszałam, że ona już swojego cyklu książkowego (nie powiem, jakiego) nie prowadzi, więc nie może mi pomóc, choć bardzo by chciała. „Chciałabym, ale jednak nie chciałabym”. Dwa dni później ta literatka-feministka krzyczała w mediach, że kobiety nie chcą siebie wzajemnie w sztuce wspierać, ponieważ siebie wzajemnie nie promują; „nie jesteśmy względem siebie siostrzane…”. Dzięki, „Siostro”. Inna dziennikarka – z tej samej półki, feministka/intelektualistka – po prostu nic mi nie odpisała, choć widziałam, że pod selfiakami aktorów, celebrytów chętnie pisała pochlebne komentarze. Na lans czas zawsze się znajdzie. I na medialne pościki o ignorowaniu kobiet. Oby lajki się zgadzały. Ponownie mnie zignorowano, ale na pokaz wielkie hasła: wspieram, promuję, daję głos!

Gówno prawda. I jedna i druga przepchałyby się łokciami, oby to one były na pierwszym planie, w roli Oskarowej, gdziekolwiek nie istnieją – w biznesie, telewizji czy w mediach. Wielka mi sztuka promować znane nazwiska! Ale tak można sobie wyślizgać widoczność. Kalkulacja tego co się opłaca to nie uprawianie feminizmu, a śliska osobowość. Bo w kolorowym telewizorku łatwo o czymś pieprzyć, aniżeli coś realnie robić. Oczojebny image jest bardziej kolorowy niż smutna, bo prawdziwa rzeczywistość.

AKT KOŃCOWY

Mój poprzedni wydawca przez 2 lata nie wypłacał mi należności za moją książkę. Dodatkowo przez rok prezes zbywał mnie i nie poczuwał się do obowiązku, aby mi cokolwiek odpisać. Bo po co? To, że ktoś pracuje w kulturze, nie znaczy, że musi być kulturalny. Nie chciałam przez 2 lata napisać o tej sytuacji, ale nie został mi żaden inny wybór, skoro moje maile były przez tyle czasu ignorowane. Napisałam o tym na blogu. Wiedziałam, że dopiero coś ruszy, gdy sprawę się nagłośni. Wiecie, kto mi pomógł? Jedna koleżanka. I mężczyzna. Znany dziennikarz. Tylko ich dwoje. Bezinteresownie. Bez korzyści.

Zanim zrobiło się o tym głośno, napisałam do pewnej znanej pisarki. Ta też głosiła piękne, oklepane hasła o solidarności jajników. O tym, że wydawcy nie traktują kobiet pisarek poważnie, zatem ona zakłada wydawnictwo, w którym będzie miejsce dla autorek, które miały problemy takie, jak ja. Zarzekała się w mediach, że będzie na każdym polu pomagała innym kobietom. Brawo, bravissimo! Serce rośnie! Napisałam do niej wiadomość. W telegraficznym skrócie, bo jakbym miała pisać całość to powstałaby epopeja, a ja nie umiem opowiadać od punktu A do punktu B. U mnie od razu cały alfabet.

- Dzień dobry (wyjaśnienie sytuacji). Skoro Pani również miała taką sytuację, to może nagłośni i moją sprawę, aby wydawcy nie czuli, że są równiejsi i udostępni pani mój post?

Odpowiedź:

- Ale to pani chce, żebym pani książkę u siebie na stronie umieściła, aby sprzedawać?

Nie wiem, dlaczego pomyślała o tym, skoro nic o sprzedaży słowem nie wspomniałam. Nie wiem, dlaczego, gdy piszę o poście, ona od razu chce zarabiać na mojej książce. OK, pomyślałam, może się nie zrozumiałyśmy. Wyjaśniłam: Pani posłucha, ale mnie chodzi o post o wydawcach. Działajmy lokalnie, a potem globalnie.

- Skoro pani chce, aby pani książka była u mnie sprzedawana na stronie, to niech pani mi ją podeśle.

Nie, no, idiotka, czy tylko udaje? Ewidentnie nie chce mi pomóc. Inaczej byłaby to krótka piłka i gol, udostępnienie postu. Post się jednak rozprzestrzenia. Przyjaciel, dziennikarz, nagłaśnia sprawę – wywołuje do tablicy wspomnianą w komentarzu – „Miałaś chyba podobną sytuację, chciałabyś się wypowiedzieć?”. Krótko. Bez mydła i wody. Na sucho. Nie może już publicznie udawać, że tego nie rozumie. I co czytam w odpowiedzi, gdy pani pisarka-feministka już musi publicznie coś powiedzieć? „Znam sytuację, jesteśmy z Autorką w stałym kontakcie”. Ktoś włamał mi się na pocztę i za mnie z nią pisze, że jest w “stałym kontakcie”? Może ja gdzieś między wierszami coś takiego napisałam, że pisarka-feministka uważa, że nadal mamy kontakt po tym, gdy nie było od niej odzewu? Czy to może ja jestem idiotką i nie kumam czaczy?

Dopiero gdy zrobiło się głośno o nieuczciwym wydawcy, a ludzie zaczęli post udostępniać to i pisarka-feministka w końcu się nad nim pochyliła. I udostępniła! Ba! Jesteśmy w stałym kontakcie!

- Pieprzona pijawka – pomyślałam brzydko i już miałam się skarcić w myślach za wyzwiska, gdy nagle pisarka-feministka zaczęła publicznie pisać:

„Teraz jesteśmy razem! Teraz kobiety rozwalą ten system!”.

Hola, hola. Jakie my? Najpierw zbywasz mnie ciszą, a kiedy zaczęto o mnie pisać to podpinasz się jak ramiączko do stanika i na barykady: WALCZYMY! Teraz MY? No tak, przecież nie można być w tyle za tym, co się klika. Ręki podać nie chciałaś, ale jest fejm to i Ty w nim dupę wygrzejesz. Nie. Won.

Krzyczeć jest łatwo. Lansować się na innych jeszcze łatwiej. Dziękuję za taki feminizm i takie wsparcie. Wiecie o kim mówię w każdym akcie. Znacie je i obserwujecie. I kiedyś Wy wszystkie, drogie Panie pisarki, artystki, dziennikarki, zostaniecie ze swojego zachowania rozliczone. Bo karma to nie feministka i wali w ryj na ślepo.

3

No Comments Yet.

Odpowiedz na „AnonimAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *