Femigracja. Martastycznie – myśli zebrane

poniedziałek, Maj 28, 2018 0 No tags Permalink 0
Femigracja do Niemiec

Femigracja do Niemiec

Minęły dwa lata, odkąd poleciałam do Niemiec. I z tej okazji luźne, nic nieznaczące dygresje. Co zauważyłam – i nie tylko ja – odkąd przyjechałam do Niemiec. Szczegóły-pierdółki, które mnie zawsze dziwią, ale nie mają (niby) żadnego znaczenia.

OCZYWIŚCIE, są wyjątki od reguł, ale jest parę rzeczy, które nie mają żadnego wpływu na moje życie, a mimo to o nich napiszę.
MOJE doświadczenia, zatem i MOJE spostrzeżenia. Co MNIE spotkało, odkąd poleciałam do Niemiec dwa lata temu w Brandenburgii i Bawarii.
Czyli parę myśli zebranych.

By the way: po niemiecku Klugscheisser oznacza kogoś, kto się mądrzy; kto sądzi, że ma rację i wie wszystko, ale nic nie wie, ale się mądrzy.

Czyli teraz, gdy autostradą „Wolność” trafiłam do Brandenburgii.
Swoja drogą: gdy Niemcom mówi się, że za autostradę płaci się 15 euro (60zł) w Polsce, pytają, na jaki okres, bo gdzieś indziej wynosi to na tydzień opłata. Tłumaczę im, że to jednorazowo. Ich reakcją jest niedowierzanie. Nie dziwię się ich zdziwieniu, bo i ja nie dowierzam, co w Polsce się dzieje.

Niemcy mówią „SAME w sobie pieniądze szczęścia nie dają”. I teraz dla mnie to przysłowie (Sprichwort) ma sens! Bo one dają szczęście: zdrowie, spełnianie marzenia, można mieć dzieci, dzięki nim, zjeść coś, kupić leki etc.
Coś ktoś kiedyś źle przetłumaczył to przysłowie na język polski, dlatego wmawiamy sobie, że „Pieniądze szczęścia nie dają” – pewnie za czasów komunizmu nam tak rząd wmawiał jako sprzeciw wobec kapitalizmowi; a nawiązuje do komunistycznego systemu, bo przecież lewak ze mnie.

Niemcy raczej jedzą słodki popcorn. Gdy wspominam Niemcom, że wolę solony, pukają się w czoło (oni właściwie „wachlują ręką czoło”) i mówią, że kto by to jadł.
Raz w sklepie rozmawiałam z Niemką, mówiąc, że słodkiego popcornu nie rozumiem, ponieważ tylko słony mi smakuje, a ona że tylko w kinie dostanę takie coś. Następnie podeszła do mnie kobieta i pyta, czy jestem z Polski – nieco się wnerwiłam (na siebie), że jednak po akcencie słychać, a już ucieszyłam się, gdy inni nie zauważali lub nie potrafili usłyszeć, skąd jestem (a to jest sukces językowy).
- Słychać po akcencie? – spytałam.
- Nie, po tym, że pani jako jedyna nie lubi słodkiego popcornu.

W Niemczech, gdy komuś piszczy w uszach, to znaczy, że ktoś tę osobę obgaduje.
Takie nasze polskie, gdy pieką kogoś uszy.

A propos tego: mówi się, że Niemcy są nieszczerzy.
Powtarzają mi to regularnie Polki, które same mi nigdy nie tyle nie pomogły, co podkładały świnie.
Otóż to nie to, że Niemcy nie są szczerzy, po prostu nie mają potrzeby sprawiania komuś przykrości. Oni po prostu nie są konfliktowi  i wiedzą, że ja czy ktokolwiek inny ma w głębokim poważaniu ich zdanie. Że nikt o nie nie pytał. Wiedzą, że to jest aroganckie, sądzić, że nasze zdanie jest na tyle ważne, żeby je wygłaszać (i mówię to ja… osoba, która cierpi na „co w głowie, to na języku”. Przyznaję).

O Polakach mówią, że są (raczej) dobrymi pracownikami, ale potwornie jesteśmy konfliktowi i kłótliwi.
I że jesteśmy nieco aroganccy, ale po bliższym spotkaniu (niektórych z nas) zaczynają rozumieć, że to raczej nasza duma.

Swoją drogą, to, że nie mówią każdemu prosto w twarz, że ktoś jest chu :D wy, wynika – jak wspomniałam z tego, że oni nie szukają problemów. Ba! U Niemca jest prosty schemat: problem -> rozwiązanie -> koniec problemu.
Jest zresztą takie przysłowie, dość poetyckie, ale po niemiecku (wiadomo) już poetycko nie brzmi: Auf den Flügeln der Zeit fliegt die Traurigkeit dahin,czyli że na/ze skrzydłami czasu leci/ulatuje/przemija smutek. Zatem po co się martwić. Sensowne podejście.

Niemcy są muzykalni, wbrew pozorom. To ich język nie jest melodyjny, ale sami mają wyczucie w piosenkach.
Coś, co wręcz odwrotnego tyczy się Włochów, jak dla mnie: choć język jest śpiewający, Włosi fałszują.

Szczególnie w pracy mają sensowne podejście:
uważają, że najważniejsza jest dobra atmosfera, a nie emocjonalno-gimnazjalne zachowania współpracowniczek, czyli coś (bez urazy byłe koleżanki z pracy; z tymi, które potrafiły się zachować, nadal utrzymuję kontakt lub długo utrzymywałam), czego w Polsce rzadko widziałam. Bo Niemka nie musi się z Tobą przyjaźnić i ma w nosie to, czy jesteś dziwna, czy coś tam robisz, najważniejsze jest, czy nie sprawiasz problemów w pracy, bo prywatne sprawy umie wyłączyć i zachować dla siebie zamiast stwarzać konflikt.

Niemcy też raczej są mili dla Ciebie, jeśli Ty jesteś miły dla nich.
Czyli coś (znowu), czego nie spotkałam w Polsce w środowisku w pracy, ponieważ w Polsce było tak, że kiedy ktoś był miły, sympatyczny, inni uważali go za (mówiąc kolokwialnie) frajera i lamusa i można było mu wejść na głowę. Dopóki się nie krzyknęło – wtedy chodzili inni jak w zegarku, a tylko za plecami dalej sobie nienawidzili tej osoby.
W Niemczech odwrotnie: jeśli będziesz niemiły czy niegrzeczny wobec innych, wtedy oni odwdzięczą Ci się tym samym.

Gdy w sklepie żegnam się z panią, pożegnanie trwa dłuższą chwilę. Nie żartuję:
- Dziękuję.
- Ja również dziękuję.
- Miłego dnia.
- Dziękuję. Również życzę miłego dnia! – wszystko z uśmiechem.
- Dziękuję.
- Do widzenia.
- Do widzenia.
- Tschuss!
- Tschuss.

Na ulicy też to widać: tu naturalne jest uśmiechanie się do obcych ludzi na ulicy czy w komunikacji miejskiej, gdy przypadkiem Wasz wzrok napotka na siebie.

Co do komunikacji miejskiej: gdy wchodzę do autobusu, pociągu, metra NIKT się nie gapi na mnie czy na każdą wchodzącą osobę. Coś, co dziwi osoby z zagranicy, gdy jadą np. warszawskim metrem. To tutejsze skanowanie wzrokiem każdego.

Wygląd.
Tu rzadkością są raczej kobiety bez tatuaży. Czy to młode, czy starsze, czy nauczycielki – kobiety z tatuażami w widocznych miejscach to rzecz naturalna i nikogo to nie dziwi, a co najdziwniejsze dla przeciętnego Polaka-rodaka: NIKT nikogo tu nie ocenia, bo ma w nosie nieswoje sprawy <3

Kiedyś zapytałam koleżankę Niemkę-Polkę:
- Jak u was się mówi na „karnego-kutasa”?
- No, jak ktoś nie wyloguje się z Facebooka, to pisze się mu „karny-kutas”. Albo inny żart.
- Ale…. ale Niemcy nie robią sobie żartów :|  

Choć Niemcy nie mają świetnego poczucia humoru, to potrafią śmiać się z samych siebie.
Choć Polacy mają niezłe poczucie humoru, nie potrafimy się śmiać sami z siebie.
Przykład: wystarczy powiedzieć Polakowi, że jest przewrażliwiony i nie ma do siebie dystansu, wówczas zaczyna się denerwować i w zawiści udowadniać, że to TY nie masz do siebie dystansu.

Fahrstuhl, to inaczej „jeżdżące krzesło”, czyli? Winda inaczej :)  

Poduszka po niemiecku to Kopfkussen, czyli coś w wolnym tłumaczeniu jak „całowanie głowy/pocałunki (dla) głowy”.

Kochanek po niemiecku to m.i. Liebhaber, czyli „posiadający miłość” w luźnym tłumaczeniu (nie, nie poznałam to określenie empirycznie), co już sugeruje poprzez nazwę, że taka osoba/zjawisko nie ma w sobie za dużo z pejoratywności.

Skoro już jesteśmy przy miłości i związkach:
Powtarza się krzywdzącą opinię, że Niemki są łatwe. To nie jest prawda. To tak, jakby ktoś z kultury muzułmańskiej powiedział, że Europejki to dziwki, ponieważ chodzą z odkrytym ciałem.
Niemki mają normalne podejście do seksu, nie patrzą na to, że nie daj Boże jakiś (mentalny) wieśniak, że jakiś Janusz, albo jakiś pseudo-nowoczesny chłopak, który tak naprawdę nadal ma w sobie coś z szowinistycznego i konserwatywnego podejścia w ocenianiu kobiety, coś sobie pomyśli. One nie myślą w kategoriach: „Kobiecie nie wypada! Inaczej cała wieś będzie gadała i mnie oceniała”. Nie. Tu się wie, że seks to normalna rzecz i nikt nikomu do łóżka nie zagląda i nie wartościuje się kobiety poprzez pryzmat tego, że ma takie same potrzeby, zachowania jak mężczyzna,

Zresztą takie opinie słyszałam od (pozornie normalnych) jegomości, którzy wierzyli, że skoro Niemka uśmiechała się i była miła i nie była wstydliwa w rozmowie z nim, to NA PEWNO już mu się wpychała do łóżka.

I skoro jesteśmy przy sprawach fizyczno-erotycznych: biustonosz to inaczej „cyckonosz”, czyli „Brusthalter”.

Niemcy płacą po równo.
Jeśli nawet ktoś zamówił z was coś za 5 euro, zaś przyjaciel za 15 euro, to raczej (no chyba że to jakaś kawiarnia) płaci każde z was po 20 euro.

Co zaś tyczy się mężczyzn, skoro już przy nich jesteśmy.
W Bawarii normą jest, że panowie (ci po 30-stce) mają jeden długi paznokieć. Jest to mały palec. I nikt nie umie mi odpowiedź, czemu ma służyć ta obrzydliwość….

Podczas gdy u nas, w Polsce, panowie noszący kolczyk w uchu są uważani za osoby homoseksualne, panowie – czy to dwudziestoletni czy koło czterdziestki – heteroseksualni również noszą kolczyki, które niegdyś był modne za czasów Popcorn Hits Summer ’96.

Niemcy mówią cool na coś, jak po angielsku, ale… w Polsce, gdy ktoś chce być cool nie użyje tego słowa.

Z powiedzonek niemieckich mamy nieco wspólnego z Niemcami, np.:
ohne Moos,
nichts los.
Co jest takim naszym polskim „Jak się nie ma miedzi, to się w domu siedzi”.

A swoją drogą niemiecki jest ogólnie dość poetyckim językiem, wbrew pozorom. Tylko brzmi twardo i kanciasto.
Np. nawet auta „rzucają światłem”, kiedy chce się powiedzieć na zwykłe reflektory: „rzucające światło”. Uważam, że to ładne określenie.

Ale to takie luźne myśli-spostrzeżenia, które będę tu uzupełniała.

Betty Baboo

Betty Baboo

0

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *