Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – feministka to lubi

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Od razu pojawia nam się Frances McDormand: bez makijażu, ze zmarszczkami, które wyraźnie widać, jej naturalne, bez rzęs, ona z odrostami, właściwie nieco sianem zamiast włosów. Czy to nie przeczy zasadom kina hollywoodzkiego? I Frances McDormand jest w tym piękna, nieprzesadzona. I przez prawie cały film nosi kombinezon, który zniekształca jej ciało. Nie pogrubili jej, nie charakteryzowali specjalnie – po prostu twórcy w końcu zrozumieli, że do świetnych filmów nie trzeba brać gwiazd i piękności, aby nie było wątpliwości, że główna bohaterka, która do filmu została oszpecona, jak dajmy na to Charlize Theron do „Monster”, tak naprawdę do atrakcyjna kobieta, o której większość marzy.
I za tę rolę pierwszoplanową Frances McDormand dostała tegorocznego Oscara.
Cieszę się, bo do tej pory mogliśmy zobaczyć, że w filmach do głównych ról zatrudniano dojrzały, starszych aktorów, u boku których towarzyszły im młodsze aktorki. Śp. Carrie Fisher do „Przebudzenia mocy” kazano schudnąć, podczas gdy nikt Harrisonowi Fordowi nie kazał wstrzykiwać sobie kwas hialuronowy w czoło, żeby spłycić zmarszczki.
Tym razem na Oscarach 2018 gwiazdami wieczoru były 60-letnia Frances Mcdormand, która (nie ma co tu udawać) wg wymogów Hollywood pięknością klasyczną nie jest, czy 72-letnia Helen Mirren, 58-letnia Allison Janney. 80-letnie Jane Fonda, 52-letnia Viola Davis i oczywiście Laura Dern. O Meryl Streep nie wspomnę, bo to królowa.

WRÓĆMY DO FILMU.
            Kiedy władze zawodzą, Mildred (Frances McDormand) przechodzi na drugą stronę – dosłownie. Idzie naprzeciwko komisariatu do agencji reklamowej. Gdy zobaczyłam tę scenę, wyglądało to jak umyślny zabieg w filmie (albo funduszy zabrakło na rozbudowę planu zdjęciowego lub wynajęcie większej ilości miasteczka). Bo gdy policja nie może znaleźć gwałciciela i mordercy jej córki, postanawia w agencji reklamowej na rok wynająć trzy billboardy, które znajdują się za miasteczkiem.
I tu pierwszy raz uderzyła mnie scena, w której właściciel agencji, odczytuje trzy hasła, które mają być wywieszone na billboardach, i już domyśla się, kim jest Mildred.
Miałam poczucie, że te emocje są nam dawkowane, a każda następna dawka jest coraz mocniejsza, bo po kolei dowiadujemy się, co stało się z córką głównej bohaterki, Angelą. Jak w scenie z billboardami, gdy oficer Jason Dixon (Sam Rockwell „Zielona Mila”) przejeżdża obok trzech tytułowych billboardów, które niewiele nam mówią, dopóki nie widzimy pierwszego.
„Zgwałcona na łożu śmierci. I nadal żadnych aresztowanych. Jak to, szeryfie Willoughbery?”

BOHATEROWIE
            A propos Sama Rockwella. Znany był mi z „Zielonej mili” (film zekranizowany na podstawie książki Stephena Kinga; ta, w której na jednej ze scen płaczą mężczyźni; cudowny film, na którym też płaczę), dlatego gdy na niego patrzyłam, byłam przekonana, ze coś zaraz złego się stanie. Że Dixon (Dick-son, Hue Hue) coś zrobi drastycznego. Zresztą chyba ogólnie, jak patrzyło się na tę postać, miało się ochotę go pobić z przyjemnością. I kiedy już cieszymy się z tego, co robi Mildred, w jednym ułamku sekundy, po jego jednym geście, zaczynamy go lubić, a wręcz czuć politowanie. I ten billboardowi Willoughbery (Woody Harrelson; lubię go, bo to weganin, Hue Hue), po którym spodziewamy się oczywistej oczywistości (SPOILER ALERT: że to on złapie sprawcę), a robi coś więcej: porusza coś w Dixonie i zmienia jego od środka.
Bo właściwie tacy są bohaterowie tego filmu: niejednoznaczni. Nie ma płytkiego podejścia do tematu: czarno-białe postacie. Dobrzy vs. źli. Właściciel agencji reklamowej, choć trzęsie się i nie jest z niego żaden bohater, nie poddaje się policjantom, którzy naciskają, aby zakończył pomoc Mildred. Nawet policjanci, którzy z początku wydają się „tymi złymi, wsiokami”, stereotypowymi pożal-się-Boże stróżami prawa, to okazuje się, że to jedynie ich pierwsza reakcja na oskarżycielskie billboardy. Bo z czasem dowiadujemy się, że to nie jest tak, jak do tej pory filmy amerykańskie nam sugerowały: że gwałciciel i morderca nie został złapany, ponieważ wszyscy mieli po prostu w dupie gwałt dokonany na dziewczynie.
Miałam poczucie, że sam reżyser, Martin McDonagh, gdy pisał ten scenariusz, sam nie wiedział, jak to wszystko potoczy się – nie kierował tymi bohaterami, tylko pozwalał im sam zachowywać się. To było piękne, że zachowywali się nieprzewidywalnie: „Jak >zła postać<, to pewnie postąpi w ten sposób, a >dobra< będzie bohaterem dnia”. Nie. Kuźwa, nie.

Sama główna bohaterka, choć na początku ją podziwiamy i czujemy jej smutek, przestaje być taka nieskazitelna z powodu swoich wad, które nie mają nic wspólnego z tragedią, jaka ją spotkała. Frances Mildred nie gra w oklepany sposób: silna i bez wad matka. To zwykła kobieta, która zrobiłaby to, co każda matka, gdyby jej dziecku stała się krzywda: wszystko, co możliwe, żeby ukarać gwałciciela. Bo dopiero, jak zacznie krzyczeć się wielkimi literami, dlaczego nikt jeszcze matce nie pomógł i tej zamordowanej dziewczynie, ludzie zaczynają reagować.

Frances gra genialnie.
Szczególnie uderza mnie scena, w której w nocy płoną gigantyczne billboardy, a ona jedna bierze gaśnicę, która ma niby je zgasić. I to jest dla niej niezwykle ważne i błagająco krzyczy na syna, żeby jej nie zabierał tego – tu się popłakałam (po raz któryś). I tu chodzi chyba głównie o to, jak Frances zagrała oczami, w których był cały żal, gniew i smutek matki, która straciła córkę.
Jak również cudowna scena, w której przychodzi do Mildrid ksiądz, żeby ją pouczać… Ksiądz, którego argumentem jest „Powinnaś przestać walczyć o sprawiedliwość, bo ludziom nie podoba się to”. Nie on stracił córkę, nie on jest matką, nie on przeżył tragedię, ale to on przychodzi do niej, aby ją pouczać. Bo innym się coś nie podoba. A Mildrid przeprowadza taki monolog, którego się nie spodziewałam do tej pory w takim kinie.

Bo taki jest właśnie film „Trzy billboardy…” – łamie schematy hollywoodzkiego scenariusza. Myślicie, że zaraz skończy się w określony sposób lub wszystko wskazuje, że dany bohater zachowa się inaczej, „Aa! Bo oni chcą nas zmylić, żebyśmy myśleli, że zrobi tak, a tak naprawdę zrobi drugi sposób”. Ale robi trzeci. Ale nie będę spolerowała Wam. Film nie jest ckliwy, a płaczecie. Nie ma gagów i prześmiesznych żartów, a zaraz po płaczu śmiejecie się dzięki dialogom.

Jedna kobieta i może pchnąć lawinę, spiralę wydarzeń i popchnąć ludzkie zachowania do ekstremum. Aż coś w ludziach pęka i zmienia.

P.S. Po filmie doczytałam, że w jednej ze scen (mojej ulubionej…), gdy DIxon czyta list, na słuchawkach leci piosenka „Chuiquita” Abby, co miało być umyślnym zabiegiem reżysera, ponieważ to piosenka, która mówi o bólu, o tym, że główna bohaterka piosenki nie ma już w oczach nadziei. I o tym, że z kimś łatwiej jest pokonać to, co nas spotkało i co zamierzamy zrobić i to jest odwołanie do późniejszych wydarzeń w filmie.

0
1 Comment

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *