NIE MÓJ FEMINIZM

piątek, Grudzień 1, 2017 0 No tags Permalink 3
Żadna kolejna miłostka

Żadna kolejna miłostka

Ponarzekam: mam dość feminizmu narzekającego. Chcę optymistycznego.

ABSURDALNA NADGORLIWA POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA
Serial „Przyjaciele” był moim ulubionym przez długie lata, dopóki ktoś mi nie powiedział, że jest seksistowski i homofobiczny. Mój ulubiony serial jest anty-feministyczny
Homofobiczny, ponieważ śmieją się z osób transseksualnych, rasistowski, ponieważ nie ma ani jednej czarno-skórej postaci wśród grupki sześciu przyjaciół, a seksistowski, ponieważ śmieją się z osób otyłych, a Rachel ma romans ze swoim asystentem, co nie jest tak naprawdę romansem, a mobbingiem….

Zacznijmy od tego, że jak dla mnie to jest szukanie – mówiąc elokwentnie – drugiej dziury w dupie. Doszliśmy do takiego ekstremizmu, żeby przestaliśmy mieć dystans do siebie i świata (w granicach smaku) i staliśmy się nadwrażliwi na punkcie… wszystkiego.
Jak również od tego, że ten serial komediowy pokazywał czasy, w jakich żyli główni bohaterowie: lata 90-te, kiedy to właśnie ludzie nieco inaczej do siebie podchodzili. Każdy sam z siebie się śmiał.
W serialu „Współczesna rodzinka” mamy małżeństwo homoseksualne i tam również śmieją się z gejów, jak również sami z siebie się śmieją.

Rasistowski, ponieważ nie ma bohaterów czarnoskóych/agroamerykanów*. Z tego, co pamiętam, w serialu była przez wiele odcinkó Charlie, czarnoskóra/afroamerykańska pani profesor, w której zakochanych było dwóch mężczyzn, a ona była najinteligentniejszą z kobiet.

W serialu „Fresh prince of Bel-Air” czy „Bil Cosby show” byli sami afroamerykańscy/czarnoskórzy bohaterowie, którzy na okrągło żartowali sobie z „białasów”, używając to słowo. I nikt nie oburzał się z tego powodu.

Swoją drogą, oglądając te trzy seriale – dopóki ktoś nie pokazał mi palcem, nawet postać Charlie – nie widziłam tu ras, nie wyróżniałam postaci czarnoskóre od afro-amerykańskich. Po prostu, jak dziecko, widziałam ludzi.
Nieco jak z Conchitą Wurst: oglądałam, jak śpiewa, podobało mi się, aż po jego występie ktoś mi powiedział, że ten mężczyzna miał sukienkę. Na co się zdziwiłam, że nawet tego, kuźwa, nie zauważyłam. Dlaczego? Bo mi to, kuźwa, nie przeszkadza. Tak samo rasy u bohaterów w serialach.

*Nie wiem już, jaka forma jest najabrdziej poprawna politycznie, ponieważ wczoraj mówiło się „afroamerykanin”, ale ostatnio zaczęłam słyszeć, że jest to „słowo białasów”.

Seksistowski, ponieważ śmiano się z Moniki otyłości – śmiano się z tego, że była gruba, ale nie dlatego że była chora. Śmiała się sama z siebie, ponieważ w tamtych czasach bohaterowie mieli dystans do siebie.
I choć jestem przeciwko homofobicznym, rasistowskim żartom, brakuje mi luzu i dystansu do samych siebie. Teraz, żeby serial nie obraził niczyich uczuć religijnych czy seksualnych, powinien mieć za bohaterów postaci z każdej mniejszości seksualnej i rasowej: mądry murzyn/czarnoskóry/afroamerykanin, azjatycki gej, który nie jest inteligentnym informatykiem lub matematykiem, żeby nie było stereotypu o Azjatach, ale jednocześnie musi być inteligentny, żeby nie było, że obraża się Azjatów i przydałaby się transpłciowa postać, żeby nie było niejasności i niepewności, że ten serial nie uwzględnia mniej uprzywilejowanych przez społeceństwo.

Jak również był rasistowski, ponieważ Rachel miała romans ze swoim podwładnym. Ale dziś ten romans nie nazywa się romansem, ale mobbingiem. Nie szkodzi, że Rachel go nie napastowała i że nie groziła mu i nie dawała odczuć, że go zwolni, jeśli nie będzie spełniał jej próśb, ani też nie stawiała go w niewygodnych sytuacjach. Pomijam, że Tag (asystent) sam był oczarowany w Rachel i sam chciał z nią być i to on zainicjował ten związek. Nie szkodzi, to jest uważane za molestowanie seksualne, mimo tego że Rachel nie wykorzystywała swojej pozycji, aby go wykorzystywać seksualnie.

Należy zaznaczyć, że seksizmem było to, że Ross nie tolerował maniego – męskiej niani – dla swojej córki. Owszem, był Ross pełen uprzedzeń, ale w tamtych czasach, paręnaście lat temu, kiedy powstawał ten odcinek, mężczyźni właśnie takie mieli podejście. I nie – nie mówię, że to jest dobre, nie wciskajcie mi tego w usta, zboczeńcy. Mówię, dlaczego Ross tak zareagował. Dla niego było to tak niespotykane, ale dlatego śmiali się z samego Rossa w tym serialu, wytykając jemu brak męskości, którą to odbierał mani – męskiej niani. Zatem akurat ten argument jest invalid, ponieważ właśnie pokazali tym samym ograniczone podejście mężczyzny.

Homofobiczny. Ponieważ Chandler bardzo chciał udowodnić, że nie jest gejem, bo mu tak zarzucano.
To ma być homofobiczne? Ponieważ chciał znaleźć partnerkę, a mit, że był gejem, odsuwało potencjalne kandydatki od niego, było homofobiczne? Serio?
Swoją drogą, wiele razy Joey podkreślał, że nie przeszkadza mu, jeśli Chandler jest gejem - NIKOMU to nie przeszkadzało – a sam Joey mówi, że nie ocenia przecież. Więc gdzie tu homofobia?

Monty Pythona też powinno się zbanować zatem, ponieważ w ich ekipie nie ma kobiet. W „Sensie życia…” kobiety biegają topless – choć mnie to nie bawi, nie znaczy, że będę zabraniała innym tego robić.
I powiem stary argument: jeśli ktoś nie ma dystansu do siebie, do świata, to niech nie ogląda żadnych seriali komediowych.

Ale to, że serial śmiał się z samych Amerykanów – śmiali się sami z siebie – że nie należą do zbytnio intelignentych i wykształconych, to już tego nikt nie zauważył.
Czy też to, że pokazany jest ślub lesbijski i ich wychowywanie syna jako coś dobrego i normalnego, zostało pominięte przez przeciwników tego serialu.

Był też przecież pokazany ojciec Chandlera jako postać transpłciowa. Ojciec Chandlera był dobrą osobą, co podkreślała Monica, zaznaczając, że ważne, że był z Chandlerem, gdy ten dorastał, a to że Chandler nie miał z nim dobrych relacji? Well, duuh! Chandler z obojgiem rodziców nie miał dobrych relacji – miał do nich pretensje m.in. o rozwód.

I jeśli już mamy się czepiać wartości, to raczej plusem jest to, że nie potępiał seksualności Phoebe czy jakichkolwiek seksualno-partnerskiego podejścia Rachel i Moniki.
Ba! Pokazuje, że Rachel nie będzie potępiana, ponieważ zaszła w ciążę z mężczyzną, który nie był jej nawet narzeczonym, ani partnerem życiowym, a ona postanawia normalnie wychowywać dziecko, jakby nikomu nie przeszkadzało, że będzie ono – och nie! – nieślubne! O zgrozo! Cóż za seksizm!

Bo serial jest pełen tolerancji, przyjaźni, jest optymistyczny. Nie nawołuje to nienawiści, wyśmiewania się z mniejszości, wręcz przeciwnie, a jeśli już nawołuje do śmiania się z kogokolwiek, to z samych siebie.
Zatem jeśli to ma być antyfeministyczny serial, to nie jest to mój feminizm.

JĘZYK
Mam dość tego rodzaju feminizmu w Polsce, w którym nie ma dystansu, poczucia humoru, czegoś mniej nadętego i mniej zaciekłego, co nam pokazują te czołowe ugrupowania feministyczne. Nie do końca odpowiada mi pseudo-intelektualny język, który jest stosowany tylko po to, aby uchodzić za nadętego pseudo-intlektualistę. Napiszę parę razy „dyskurs” w połączeniu ze „swoistym”, żeby uchodzić za poważniejszą. Posługiwanie się przeintelektualizowanym językiem na blogu byłoby pretensjonalne i ewidentnym wywyższaniem się. Nie jest to sztuką, ale sztuką jest przemówić do ludzi językiem prostym. Czy kiedy lekarz czy misjonarz leci do Afryki, by tam pomagać i nawoływać, to przemawia do ludzi w swoim języku, czy uczy się ich języka, żeby zrozumieli, co ma on do przekazania?Nie muszę łechtać swego ego siląc się na skomplikowany język.

Ok, one też są potrzebne w naszym kraju, jak taka zróżnicowana dieta w menu (tak, wszystko porównuję do jedzenia, bo kocham jeść), ale nie podoba mi się podejście:
- Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam.
Nie podoba mi się uczuleniowa i agresywna reakcja, kiedy mówię, że po co to zawzięcie i żółć, kiedy można wyluzować:
- No tak! Bo jak kobieta upomina się o swoje, to jest zawzięta!
Tylko dlatego, że mam inny język do tłumaczenia innym, czym jest feminizm, sama jestem atakowana przez pewną grupę feministyczną, która narzuca innym, czym naprawdę jest feminizm. Ale to według nich. A każda, która uważa inaczej, nie jest feministką. Choć same jednocześnie mówią o solidarności i trzymaniu się razem.
I mówię tu o konkretnej grupie feministycznej. Wolę połykać tęczę niż żółć.

 

WYGLĄD
Pewna grupa feministyczna zarzuca mi (aż wstyd to mówić…), że nie jestem prawdziwą feministką, ponieważ… Namawiam do zdrowego życia, zarzucając mi, że pewnie trenuję i ćwiczę dla mężczyzn; że niby naczytałam się pism kobiecych, poddałam się modzie i dążę do nieosiągalngo ideału….

Nie, nie uważam, że „prawdziwe kobiety” mają krągłości. Jest to bardzo antyfeministyczne, ponieważ wrzuca „kobiecość” do jednego worka, nie pozwalając innym kobietom być inne. Taka postawa nie zrobi z was feministek.
Ja nie jestem do tego przyzwyczajona: całe życie uprawiałam jakiś sport, ponieważ nie lubiłam siedzieć na kanapie i nic nie robić. Za długo siedziałam przed książkami i lekcjami, że nie mogłam sobie tego odbić. A jeśli nawet nie chodziło o uprawianie sportu, to po prostu moja matka nie karmiła mnie cukrem i tłuszczem, ale normalnym jedzeniem i byłam zawsze zdrowym osobnikiem. Jem dużo, ale nie byle co, ponieważ jestem osobą inteligentną i widzę zależność między jedzeniem byle czego, a chorobami. Bo takie byle jakie jedzenie właśnie prowadzi do cellulitu i nadwagi. Parę kilogramów więcej nie robi różnicy, owszem, ale kilkanaście? I kilkadziesiąt? To nie przychodzi w ciągu tygodnia, ale to jest konsekwentne pracowanie na to latami, aby być otyłą i chorą.
I same nie róbcie „body shaming” w stosunku do szczupłych kobiet: „Pewnie nic nie je. Wolę być szczęśliwa, niż się głodzić”. Jak wy możecie tak mówić? To, że któraś ma silny charakter i walczyła ze swoimi słabościami i ćwiczyła, to znaczy, że należy ją karać zawstydzając? Niektóre zamiast tworzenia mięśni i kondycji i silnego charakteru, tworzą wymówki, żeby się nie ruszyć. Owszem, dla mnie otyłość to oznaka słabego charakteru. Że nie siedziała na tyłku, tylko coś ze sobą robiła i to jeszcze po pracy, po studiach, po tym jak zajęła się swoimi dziećmi? Bo siedzenie na tyłku to żadna sztuka. Lenistwo to nie sztuka. I nie trzeba się katować na siłowni – wystarczy przestać jeść śmieciowe jedzenie.
I nie mówcie, że osoby grube są szczęśliwsze. Może na chwilę, jak zjedzą czekoladę, ale to sport wytwarza większy poziom serotoniny i dopaminy i na dłużej. To sport sprawia, że np. później macie ochotę i siłę na seks. Otyłość – wręcz przeciwnie. To osobom grube mają mniejszy apetyt na seks.
„Mojemu partnerowi podobam się taka, jaka jestem. Krągła”. No i to jest dopiero antyfeministyczne. Bo bycie szczupłą czy fit nie jest dla waszych mężczyzn, czy jakichkolwiek mężczyzn, ale dla was to ma być. A przede wszystkim dla waszego zdrowia. „Zatem ja uważam, że jestem piękna”. Ja nie widzę niczego pięknego w otłuszczonych narządach wewnętrznych. W tym, że ciało jest pokryte tłuszczem, zamiast potem po siłowni, czy bieganiu. Widzę bycie sexy w silnym charakterze. Ponieważ należy dbać o swój rozwój zarówno intelektualny, duchowy jak i fizyczny. Dla mnie nicnierobienie to nic pięknego.
„Ale to moja sprawa, jaka jestem”. Ok, wasza, macie rację. Chcecie siebie doprowadzać do ruiny? Macie rację – nie wtrącajmy się. Ale niech inne kobiety również nie wtrącają się do kobiet, które są za chude. Owszem – nie jestem za tym, żeby pokazywać w mediach, że jedynie nieskazitelne, młode ciała są piękne. Ale skoro potępiamy anoreksję, to również powinnyśmy potępiać otyłość.
Wiemy, że po 30. nasze ciała żyją własnym życiem i się nas nie słuchają, a z wiekiem jest coraz gorzej – prawda to. Jeśli kobieta jest po ciąży, to ciężko, żeby miała nieskazitelnego brzucha: bez rozstępów, jędrne, bez blizn. Ale jeśli jest to młoda dziewczyna, przed ciążą, to raptem parę procent tych otyłych młodych dziewcząt jest otyła przez chorobę (np. problemy z tarczycą). Wiem, ponieważ z takimi ludźmi pracowałam. Jak również raptem parę procent tych naprawdę szczupłych kobiet jest szczupła, wręcz chuda przez geny. Reszta zaś doszła do momentu, kiedy uznali, że na początku chudli, ale później było już ciężej – bo najpierw schodzi woda z organizmu. Bądź też, że skoro już schudli 5 kg w ciągu miesiąca, mogą zrobić sobie przerwę. Albo też doszli do tego momentu, że uznali, że dieta jest nie dla nich, bo nic im ona nie daje, choć lekarze alarmują, żeby zaprzestać jeść śmieciowego jedzenia. Nie jest sztuką doprowadzenie swego ciała do choroby, jaką jest otyłość, żeby w następstwie tej choroby zacząć chorować na m.in. wczesne zagrożenie zawałem serca, wczesne przeciążenie stawów, miażdżycę, cukrzycę, zwyrodnienie kości, choroby układu oddechowego, zaburzenia hormonalne oraz choroby nowotworowe etc. Sztuką jest codziennie wstawać i mówić sobie „dam radę”. Bo zaczyna się od sportu – jaki by to nie był – a kończy się na życiu, ponieważ sport zmienia postrzeganie rzeczywistości. Uprawianie sportu wzmacnia charakter i zmienia mentalność. Zaczyna się od tego, że myślisz sobie, że nie dasz rady wytrzymać na zajęciach, ale okazuje się, że ogromną siłę mają tak naprawdę nie mięśnie, a myśli. I okazuje się, że jak uwierzysz, to już przeskoczysz połowę sukcesu. I dajesz radę i wytwarzasz sobie endorfiny w swoim organizmie, czyli hormony szczęścia. Widzisz? Jesteś swoją własną fabryką szczęścia. Nie wiedziałaś o tym, co? A te hormony uzależniają, bo przecież nikt nie chce być nieszczęśliwy w życiu. Więc znowu idziesz na trening taneczny, na zajęcia, na cokolwiek, i dajesz z siebie tyle samo i myślisz sobie, „O! To nie był przypadek, że mi się udało!”, więc na następnym treningu okazuje się, że dajesz z siebie jeszcze więcej. I zaczynasz się zastanawiać i wierzyć w to, że w życiu w innych sprawach też może ci się udać zrobić coś, w co nie wierzyłaś, że zrobisz tak jak na treningu.
I nie chodzi o BMI, które wymyśliły sobie gazety. Sama się dziwię, kiedy mając rozmiar 34 lub 36, w jakimś sklepie pokazuje mi, że to duży, albo bardzo duży rozmiar. Ale nie chodzi mi teraz o wymiary ustalone przez media, ale o BMI ustalone przez lekarzy, którzy mówią o zdrowiu.
Nie apeluję do kobiet, by były fit, apeluję do wszystkich ludzi, żeby nie tuczyli swoje dzieci, a potem dziwili się, skąd są choroby, cukrzyce, miażdżyce, zwyrodnienia stawów, kręgosłupów i kości.
Jest różnica między kobietą z krągłościami, a kobietą, która jest krągła.

 

POSTACI
Wyobraźcie sobie grę, np. futbolową: ktoś biegnie z piłką (tym jajem, co jest niby piłką) i już ma zdobyć punkt, widownia przygląda się podekscytowana, że zaraz ci wygrają, więc zdarzy się coś nowego – ciekawy zwrot akcji, kiedy to drużyna, na którą nikt nie stawiał, może wygrać. Zawodnik jest szybki, obrona świetna, wszyscy widzą, że jednak ta drużyna jednak ma talent. Poczym podbiega kolega z tej samej drużyny, wyrywa piłkę i wyrzuca w przeciwną stronę, gdzieś daleko, na oślep, na out. I zaczyna się cieszyć, jak ktoś nieco ułomny: wywala jęzor do widowni, robi dziwaczne miny i cieszy się, plując dookoła. I jest z siebie dumny, że nikt go nie rozumie i sam też nie rozumie, dlaczego drużyna się wścieka na niego. I już pomijam to, że media milczą na temat talentu pojedynczych zawodników czy też potencjale całej drużyny. Tylko mówi się o tym nieco upośledzonym zawodniku, wmawiając wszystkim, że cała drużyna to właśnie ten jeden zawodnik.
Tak właśnie czuję się w związku z Anną Zawadzką, kiedy to zaczęła być zapraszana do mediów i zaczęła się wypowiadać. I nie – nie odcinam się od niej tak samo, jak pozostałe kobiety wstydzą się przyznać, że są feministki, żeby nie zostały wyśmiane. Mi po prostu ta forma zachowania i ta forma dialogu nie odpowiada. I nawet jeśli pojedyncze feministki nie czują się ośmieszone, to nie zmienia faktu, że Anna Zawadzka ośmieszyła środowisko feministyczne. Nie uważam, żeby wywróciła do góry nogami stołu, przy którym siedzieli mężczyźni, budując nowy porządek. I nie chodzi o sytuację w kościele – super, że tam zaczęła głośno mówić, co Kościół wyprawia, bo wtedy zwróciła na nas, feministki, uwagę – chodzi o jej dalsze wywiadu. Nie zniszczyła dokonań feministycznych jednorazową sytuacją w kościele, ale całokształtem zachowań.
             W studio TVN24 w „Tak jest” u Mrozowskiego nie odpowiadała na pytania, tylko prowadziła swój monolog, podczas gdy bez problemu mogła zbyć idiotyczne argumenty np. pana Zawiszy. Bez problemu mogła pokazać, że feministki to inteligentne istoty, z którymi można rozmawiać, nie zaś krzykaczki – bo tak siebie Anna Zawadzka zaprezentowała. W studio telewizyjnych przerywała i pokazała taki sam brak merytoryki i brak umiejętności odpowiadania na pytania, jak oszołomy z drugiej strony sceny politycznej. Zrobiła chaos i podniosła larum, ale niewiele wprowadzając czynami i słowami, ponieważ sama nie potrafiła rozmawiać.
W wywiadzie dla PudelekTV powiedziała, że dokonała aborcji – dobrze, że mówi o tym głośno, żeby ludzie widzieli, że to się dzieje, że kobiety dokonują tego zabiegu, bo takie jest życie – ale powiedziała to nie nawiązując do zadanego jej pytania. Było to nieco (mówiąc kolokwialnie) od czapy, poczym powiedziała, że nie będzie o tym mówiła publicznie.

Ja wiem, że media wyłapują tylko te najbardziej skrajne i najbardziej kolorowe (w negatywnym tego słowa znaczeniu) jednostki, stawiając je za wzór feminizmu, aby straszyć dzieci na dobranoc.
Ale my same nie pozwalajmy sobie strzelać w kolano.

Żadna Kolejna miłostka

Żadna Kolejna miłostka

3

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *