Bo baby chcą popatrzeć: Majorka

Majorka - leniwy kot odprawia siestę na toczkach

Majorka – leniwy kot odprawia siestę na toczkach

 

W każdym miejscu można znaleźć coś cudnego. I sorry za małą eklektyczność tematyczną na blogu, ale w końcu jestem kobietą i jako kobieta pokazuję, co kobiety interesuje i co warto robić nawet w miejscu „kolorowych drinków z palemka i klubów”. Wydaje mi się, że kobiety właśnie tego chcą: czegoś nieco więcej zobaczyć.

Powiedziałam raz: jeśli wyjeżdża kobieta na tego drinka przy basenie, to ma do tego pełne prawo! Może jest padnięta, bo ciężko pracowała cały rok, opiekowała się dziećmi itp.
Bo zazwyczaj uważa się, że to mężczyzna zasługuje na urlop, gdy widzi się go w takim miejscu, bo pewnie jest głową rodziny, dyrektorem, prezesem, który zarobił na ten odpoczynek. Zaś kobiety marzą, by się pokazać na naszej-klasie w kostiumie by koleżanki zazdrościły.
Ale mimo wszystko widziałam, że to właśnie Polki chcą zwiedzać i doświadczać.

I wiecie co? I dowiedziałam się właśnie od kobiet, co ciekawego można robić w takim miejscu kolorowych drinków płynącym.
W Bawarii na moją kieszeń zrobiłam sobie mapkę wodospadów, o czym już pisałam. O tutaj. A teraz czas na Majorkę. I nie jestem dziennikarką podróżniczą, ani nie mam zasponsorowanego artykułu, więc nie umiem i nie będe próbowała opisać pięknie miejsc, po prostu wam powiem, co choc trochę fajnego można zobaczyć.
Tym bardziej, że nierzadko takie wyjazdy wychodzą taniej niż urlop nad polskim morzem…

Majorka

Majorka

Majorka - z tego ogiera zrezygnowałam, ponieważ było mi go żal

Majorka – z tego ogiera zrezygnowałam, ponieważ było mi go żal


1)    
Końmi po plaży
Jedną z rzeczy, jaką można aktywnie uprawiać na Majorce jest jazda konna. Jeśli ktoś jest zaskoczony ranczami i nie jest przygotowany na to, to tak jak ja ląduje bez toczka i bryczesów na koniu. Bravo ja. Są oczywiście jazdy konne, które ograniczają się do stepu, ewentualnie kłusa – rozumiem to, bo przecież nie każdy musi zapieprzać w galopie i to bez siodła! To nie są żadne vollbluty i inne gorącokrwiste, więc nie powinien się rwać do przodu spomiędzy waszych nóg i tak.

Przestrzegam przed jedną rzeczą: zwracajcie uwagę, w jakich warunkach są trzymane te konie, ponieważ nierzadko się zdarza, że koniki są przetrzymywane w niezbyt dogodnych warunkach, byleby przynosiły dochód większy niż ich utrzymanie. Lepiej zrezygnować ze swojej przyjemności na rzecz tego, żeby zwierzę nie cierpiało.
Sama zrezygnowałam z jazdy z jednego konia (tego na zdjęciu), ponieważ nie podobały mi się warunki, w jakich żył i rany na jego plecach od siodła.
Zapewniam Was, że nie warto męczyć zwierzaka.

2) Konie mechaniczne.
Zamiast wykupywać wycieczki, sami znajdźcie wypozyczalnię aut, kupcie mapkę za euro i sami pozwiedzajcie na własną rękę.
Jeśli już doładowaliśmy baterie nad basenem czy w Morzu po całym roku użerania się z tym, co politycy polscy nam serwują, jest oczywiście możliwość uciec nieco od zatłoczonych miejsc i wypożyczyć sobie samochód, żeby samodzielnie zwiedzić wyspę. Co da się zrobić w ciągu jednego dnia, przekładając niektóre przyjemności na następne dni rowerem.

Ja startowałam z Sa Comy na Północ w stronę półwyspu Formentor, Cap de Formentor i Cap de Catalunya (297 m.n.p.):
to jeden z najbardziej wysuniętych punktów wyspy, z którego możecie zaobserwować… ciszę. Po prostu tu jest cisza (no chyba że natraficie na innych turystów) i piękno klifów.
Na GPSie lepiej wpisać miasteczko Port de Pollenca ( z tego, co słyszę, nie tylko ja tak robiłam), a potem jechać po znakach, bo inaczej nie traficie i będziecie jak ja jechali dookoła ronda po 3 razy, bo gie pe es tak Wam będzie nakazywał, bo zgłupieje nie znalawszy Cap.
Tu się wkurzyłam, bo pomiędzy skałami ludzie zrobili sobie kubeł na śmieci – śmieci wypełniały głęboką szczelinę. Bravo ludzie, bravo.
Bravo ja też, kiedy trzeba było wjechać serpentynką pod górę: nie prowadziłam swego samochodu, więc po prostu uznałam: „Pieprzę, nie jadę dalej!” i przekazałam kierownicę drugiemu kierowcy. Zjechałam w bramę dla strefy militarnej – w kraju, w którym ogłoszono stan czterostopniowego zagrożenia – gdzie był napis, że będą strzelać i powiedziałam: „Trudno, jak będą strzelać (najwyżej nie trafią), ale ja dalej nie prowadzę”.
Oczywiście, gdybym była mężczyzną, powiedziałby ktoś:
- Ten facet ma jaja.
Ale skoro jestem kobietą, powie się:
- Wszystkie baby to takie histeryczki i tchórzliwe.

Ale i tak polecam ten półsyep chociażby ze względu na tę serpentynę i widoki, jakie się rozpościerają w drodze powrotnej, w dół, na Port de Pollenca.

Nie ma sensu wracać tą samą trasą, dlatego przecięłam Majorkę wzdłuż, żeby popatrzeć sobie na winnice prywatne – jeśli jest się kulturalnym i nienachalnym i ma się szczęście, można zapukać do jednej z takich prywatnych winnic i zakupić u prywatnej osoby wino domowej roboty… Albo zakupić w Carrefourze za euro, hue hue hue, jak Martusia to zrobiła.
Przecinając wyspę zobaczycie nieco inny krajobraz niż ten, który widzi się na bulwarach turystycznych. Można przejeżdżać przez niewielkie miasteczka, które zachowały w sobie hiszpański charakter małych miasteczek gdzie niegdzie.
Super, jeśli lubicie robić zdjęcia analogiem. Uważam, że krajobraz Majorki świetnie się do tego nadaje.

Majorka - wschodnie wybrzeże

Majorka – wschodnie wybrzeże

Majorka - wschodnie wybrzeże lepiej rowerem niż wykupić wyecieczkę

Majorka – wschodnie wybrzeże lepiej rowerem niż wykupić wyecieczkę


3)    
Rowerem
Do jaskiń możecie pojechać rowerami, jeśli wybraliście mniej zatłoczone wschodnie wybrzeże. Ale o nich zaraz, bo gdzieś w okolicy macie jeden z tarasów widokowych na wschodnim wybrzeżu z górą w Costa dels Pins. Na wysokości niecałej 244 n.p.m. Tu – jak łatwo się domyśleć – macie pod górkę, ale warto nieco się zmęczyć, żeby na niewielkim tarasie widokowym zobaczyć czyste morze, zanim i to morze zanieczyszczymy i zrobimy z niego tykającą bombę biologiczną jak z Bałtyku – owszem, to prawda, ale chwilowo temat Morza Bałtyckiego nie jest modny.

Tu wystarczy jechać wybrzeżem, bo gdzie nie spojrzycie, to będzie po prostu, kurwa, ładnie! Niestety jestem lamusem i zamiast robić zdjęcia, nagrywałam filmiki, więc za wiele nie zobaczycie tutaj. Ale powiem wam tak: woda jest niebieska. Wiecie, co to znaczy niebieska? Ja nie wiedziałam, dopóki nie zobaczyłam czystej wody. Wiedzieliście, że woda może być czysta?!

Mogłam też pojechać na Południe, do Porto Christo od razu do jaskini Smoka, Cuevas Drach (14 euro za osobę dorosłą – wolę raz zrezygnować z ciucha czy z papierosów i zobaczyć coś takiego). Albo dalej na Północ do jaskini d’Arta, Cuevas d”Arta. Bo wschodnie wybrzeże Majorki słynie właśnie z dużej ilości niesamowitych jaskiń, które otworzą kosmiczny krajobraz.

hue hue - taki duży w porównaniu z takim malutkim

hue hue – taki duży w porównaniu z takim malutkim

Majorka - jaskinia d'Arta

Majorka – jaskinia d’Arta

jaskinia d'Arta

jaskinia d’Arta

4)     Podziemna Majorka
Jaskiń jest więcej, ale ja opiszę Wam te dwie: Jaskinia d”Arta i Jaskinię Drach.
Powiem wam, że trzeba być niezwykle „inteligentną”, aby bez Internetu i znajomości języka trafić tam, gdzie w obcym języku mówi do Was tubylec. A ponieważ głupi ma zawsze szczęście, to chyba właśnie to szczęście przywiało mnie do celu: do jaskiń. Po prostu pytajcie Hiszpanów: „Cuevas d’Arta”, a oni ci po swojemu będą mówili, gdzie macie skręcić i ile jechać prosto i ile rond ominąć…
Jak również trzeba być niezwykle mądrą, aby mieć klaustrofobię, ale pchać się do jaskiń….
Ale warto, bo to, co do tej pory znało się ze szkół, z podręczników, zobaczy się na własne oczy: królestwo stalagmitów, stalagnatów i stalaktytów.

Jaskinia d’Arta nie jest największą jaskinią na Majorce, ale jest jedną z najładniejszych, ponieważ ma jakiś gotycki klimat, a na pewno bardziej gotycki w porównaniu z innymi.
Oprowadzał grubiutki weoły amigo, który na zmianę po angielsku, niemiecku, francusku i hiszpańsku opowiadał o jaskini i to nie odbębniając wyuczoną regułkę, ale wchodząc w żywe rozmowy w czterech językach z różnymi, którzy tam wchodzili. Taki starszy, wesoły Hiszpan, który wiecznie ma manianę: „Jestem Hiszpan, więc zawsze jestem pozytywnie nastawiony!”. Aż człek nie bał się schodzić w głąb jaskiń.
- A teraz zejdziemy do tzw. „Wrót Piekieł”.
- O! Widzisz, Marta! Wejdziesz, a tam ci powiedzą: „Welcome to hell!”
Z tej jaskini nie da się wyjść obojętnym ze względu na bogactwo stalagmitów, stalagnatów, stalaktywów.

Zresztą to samo tyczy się jaskini Smoka. Cuevas Drach.
Tu czeka was… Koncert orkiestry symfonicznej na żywo na łódkach na wodzie. W jaskini. Pod ziemią. Czegoś takiego rzadko kiedy możecie przeżyć, dlatego namawiam chociażby z tego powodu do zwiedzenia tej jaskini. Jest się w niemałym szoku, jak akustyka jaskini sprawia, że dźwięk utworów jest czyściutki (tak, wiem, snobka ze mnie). A jezioro nazywa się Martel – prawie jak Marta :D <badum-tssst!>
Ale to nie dlatego jest jedną z najpiękniejszych, ale chodzi o bogactwo urozmaiconych stalagmityów, stalagnatów i stalaktatów oraz o największe podziemne jezioro na świecie… Jak to osoba niezwykle elokwentna i oczytana skomentuję: OMG!
Ludzie uważają, że nie warto tyle czekać i że to rozczarowuję. Nie zgadzam się: uważam, że warto dla takiego mini-doświadczenia poczekać. Niektórzy chcą mieć na już, na teraz i wszystko. Nie tak to działa w życiu.
Tu przewodnicy nie opowiadają, tylko pilnują, żeby się nie zgubić tych 25-30 metrów pod powiechrznią ziemi.
Ludzie komentują, z tego, co czytałam i słyszałam, ile to trzeba się naczekać, żeby przepłynąc łódką po podziemnym jeziorze, aby przedostać się na następny brzeg do wyjścia. Aj waj, że trzeba czekać. Jeśli ktoś ma dzieci lub jest z chorą osobą lub sam nie najlepiej się czuje – rozumiem to, ale w innym wypadku często trzeba czekać na to, co nietypowe w życiu. Nie wszystko od razu.
Długa na 2,5km jaskinia, która powinna być jednym z głównych punktów do zobaczenia.

jaskinia d'Arta

jaskinia d’Arta

Odradzam Safari Park – mam tak mocno ambiwalentny stosunek do zoo i tego rodzaju parków, że można dostać choroby bipolarnej. Sama, przyznaję, byłam w zoo w Monachium, i nie mam na siebie usprawiedliwienia, i już nie chcę wracać do takich miejsc więcej.
Safari odradzam nie tylko ze względu na to, że tygrysy żyją w niewielkich klatkach i nie wiem, jak kogoś może to cieszyć. A jeśli to nie przekonuje innych jak niezbyt dobre warunki, to odradzam ze względu na fakt, że słowo „Safari Park” to mocno przerośnięte i przesadzone słowo.
Wiem za to, że jedną z atrakcji aktywnych sa kite’y dla napaleńców tego sportu – opisałam to, co jak na razie spróbowałam, więc co do tej kwestii się nie wypowiem, jak również co do „stolicy” Majorki, Palmy. Mnie akurat tam nie było, ale ze zdjęć i opisów ponoć jest pięknie. Albo ktoś po prostu zdjęcia w paincie obrobił.

Jaskinia d"Arta

0

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *