Femigracja – praca i wykształcenie

środa, Maj 3, 2017 0 No tags Permalink 0

prac

Jak do tej pory (tfu, tfu) nie mogłam narzekać na pracę z Niemkami. Oczywiście, wszystko może się zmienić diametralnie. Ale jak na razie to z Polkami miałam przykrości. Może miałam szczęście do życzliwych kobiet.
Nie, nie jest idealnie. Mendy w przyrodzie zawsze się znajdą, jak wszędzie – sukinsyństwo nie ma narodowości, ale teraz chcę się skupić na tym, co dobre:

Każda Polka nie tyle chciała mi pomóc i uprzedzić, ile zmazać ten uśmiech z twarzy, ględząc mi, żebym nie trzymała z Niemkami w pracy, gdy szefowe brały mnie ze sobą na przerwy. Każda Polka powtarzała mi:
- One ciebie tak naprawdę nie lubią! Są dla ciebie miłe tylko w pracy, ale poza pracą to ich w ogóle nie obchodzisz.
A co mnie to obchodzi? Wolałam zawsze to, żeby w pracy była zdrowa i miła atmosfera przede wszystkim. Nie obchodziło mnie, co o mnie myślą. Swoje animozje każda osoba może wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi.
Wolałam to od tego, jak jest w Polsce: każda, niepytana, musiała pokazać swoje humory, sympatie i antypatie, bo inaczej by się udusiła, tworząc atmosferę, w której nie dało się oddychać.
W pracy tylko jedna pracowniczka przypomina mi nieustannie, żebym nie ufała – jak na ironię jest to akurat Polka. Cały czas powtarza mi, że Niemki są dwulicowe, ponieważ np. uśmiechają się, ale nie jest to szczery uśmiech. Szczerze? Nic mnie to nie obchodzi: wolę kulturę i życzliwość zachowaną w pracy, niż budowanie dziwnej atmosfery, z którą nierzadko spotykałam się w Polsce.
To Polka mi przypomina, że te uśmiechy i życzliwość są nieszczere. Szczerze? Możliwe, że ten uśmiech nie jest ich szczerą radością, ale ten zachowany uśmiech wobec innych to kultura osobista.
To się nazywa, drogie panie, dorosłość.

Swoją drogą: nawet jeśli mnie rzeczywiście nie lubiły, to właśnie Niemki pomagały mi w znalezieniu mieszkania, pomagały mi z nauką języka, pomagały mi w pracy. Od Polek nie doczekałam się takiej bezinteresowności.
I to właśnie moja szefowa powiedziała:
- Lubię cię, bo dobrze się z tobą pracuje, choć niezła suka z ciebie.
Że niby wredna. Ale co z tego, co uważała o mnie? Skoro ceniła za pracę, a także nie przeszkadzały jej prywatne cechy charakteru.

W Brandenburgii również jak na razie (tfu tfu) nikt mi nie dał niczego odczuć, że coś jest nie tak:
nikt nie tupał nogą, co miało miejsce w Polsce wśród pracowników w różnych firmach wobec różnych pracowników; nikt nie tupał nogą, jak dziecko, mówiąc „Nie będę z nią pracowała! Bo nie wszystko zawsze się rozumie!”. Oczywiście, że nie wszystko i nie zawsze – lata miną, aż będę płynnie mówiła i wszystko rozumiała, wszelkie idiomy, ichniejsze kulturowe teksty w stylu „na waciki nie starczy” czy „kobieta mnie bije”, ale Niemkom jest to Scheiss egal, gówno je to obchodzi, póki pracuję dobrze i dużo. To jest dla nich najważniejsze, a nie infantylne „lubię, nie lubię”.

Może mam szczęście, że szefowa powiedziała mi, żebym pracowała, a będzie mi dane i zostało dane – po 2-3 miesiącach pracy dostałam mini awans. Cieszę się, ponieważ niczego mi nie obiecywała, dopiero po fakcie oznajmiła, kiedy się udało.
A może to ten brak zaufania w Polakach? Kolejna cecha – przestaliśmy komuś ufać. Nie ufamy tutaj w Niemczech pracodawcom, na początku, choć ci jeszcze nam niczego nie zrobili. Jak taki bity pies, co nie ufa, gdy ktoś chce pogłaskać. Nie ufamy obcym, bo ci zabrali nasze ziemie. I nie ufamy politykom, którzy obiecują, że chcą dla nas dobrze. Szczególnie, gdy mówią o samym pomyśle takiej, a nie innej ustawy antyaborcyjnej. Sama myśl, że komuś taka myśl powstała w głowie, mnie przeraża.
W przeciwieństwie do tego, co miałam w Polsce: obiecanki-cacanki, „pracuj ciężej, a zobaczymy”, „daje z siebie 100%? Da i 200%!”.
Nie. W Niemczech – jak na razie – mam poczucie, że jeśli daję z siebie 100%, to dostanę z powrotem 100%.

- Kein Problem – powtarza mi przełożona.
Wszystko jest kein Problem. Bez problemowe było to, że przyjęli mnie do pracy do państwowej instytucji bez znajomości. Przyjęli mnie w Niemczech do pracy w instytucji państwowej… Z moim okey-dogadam-się językiem niemieckim. Z pensji da się wyżyć, oszczędzić i nie dziadować. Zatem czemu przyjmują kogoś z zewnątrz? Niemcy nie chcą takich prac? Zatem jak dobrze musi im tutaj być, skoro dla nas, Polaków, jest to coś, co sprawiło, że zostawiliśmy swoje prace, rodziny i domy i wyjechaliśmy? Co dla nas jest sufitem, że dla nich jest podłogą?

W dniu, kiedy podpisywałam umowę, załatwiłam jednocześnie wszystko. Nawet ichniejszy NFZ. W Polsce nastałabym się w kolejce pół dnia, żeby coś załatwić samej. Niemka, moja przełożoną, siedziała ze mną i omawiała stronę po stronie.
- Jeśli nie rozumiesz, pytaj, mogę mówić wolniej – mówiła.
W Polsce podejście? „Nie rozumiesz? Nie mój problem”.
- Jeśli coś w pracy nie będzie ci odpowiadało, nie będziesz rozumiała, od razu chcę, żebyś mi mówiła. Nie będzie z niczym problemu.
Nigdy czegoś takiego bym nie usłyszała w Polsce: „Źle ci? Coś jest nie tak? To sobie znajdź inną pracę!”.

- Jeśli czegoś nie będziesz rozumiała, mów nam.
Ale wszystko rozumiałam i nie wierzyłam. Podpisałam umowę, mieli ogarniętego chłopaka, który zawiózł mnie do mojego mieszkania, w którym pomagał mi i przy mnie rozmawiał z kobietą, która wydawała mi klucze, kobieta z kadr w biurze mojej pracy przyniosła mi rozkład jazdy autobusów, dokładnie omawiając, o której, gdzie, ile przystanków, co i jak, a także przyniosła kartę do ichniejszego funduszu zdrowia.

- Jeśli będziecie mieli dodatkową pracę poza naszą, mówcie od razu, żeby nie było wam tu trudno.
Nie pamiętam, żeby któryś pracodawca nie skrzywił się, gdy mówiłam, że poza etatową praca, mam dodatkowa jakąś. O zajęciu nie wspomnę. Niby ich to nie interesowało, ale krzywili się. A pracowałam w korporacjach, firmach, rożnych miejscach – nawet w fitness klubie. Rożni pracodawcy. A opinie niektórych takie same: ze wyjeżdżają z Polski tylko nieudacznicy. Ci, którzy w kraju niczego nie potrafią osiągnąć.

- I po co ci za granicę wyjeżdżać? Na zlewozmywak?
Ale nie zdradzałam nikomu, jaka praca i za ile.
- A jeśli nawet zlewozmywak, czy dosłownie czy tez przysłowiowy, to co z tego? Przyoszczędzę, będę normalniej, bo spokojniej żył, przyoszczędzę na wakacje, nie musząc ciułać cały rok, żeby wyjechać na jeden tydzień raz do roku.
Mówiłam, ale nie oceniałam jednocześnie znajomych, którzy tak żyli.
- Ale przynajmniej ja będę dalej pracował w korporacji – odpowiadali. – A nie byli gdzie.
Ja wolę pracować (nazwijmy to) „byle gdzie”, ale nie mieć byle jakiego życia.

Bym zapomniała:
w pracy nikogo również nie interesuje to, co mam na sobie i na głowie. Ale jak pracuję. I mówię to, zaczynając w Bawarii – ponoć najbardziej konserwatywnym landzie.
Nikt też niepytany nie wypowiada się na temat zielonych włosów, ust, niebieskich różowych, włosó, poglądów religijnych, jednorożcowych rzeczy, ponieważ twierdzą:
„A co mnie to i kim jestem, żeby się wtrącać?!”

**************************************

I teraz mój wpis update’uję i dochodzę do takich wniosków:

Dwa lata temu przeprowadzilam sie do Niemiec, z wakacyjna przerwa, zeby sobie przypomniec bedac w Warszawie, ze polski pracodawca to (mentalnie) wiejski pracodawca.
Sorry, ale na palcach jednej reki moge zliczyc nornalnych przelozonych. I niestety, ale najczesciej byli to faceci…

Moze wtopilam sie w pracy w krajobraz Niemek, bo urodowo jestem podobna :P  a moze Niemka-szefowa mi odpowiada, dzieki swojej dojrzalosci.
Nie ma (mentalnie) wiejskiego darcia sie na pracownika: „Im wiecej bede gderala i bardziej surowa bede, tym wyjde w swoich oczach na bardziej profesjonalna”.
Nie ma podchodzenia do kogos prywatnie: „Tej nie lubie osobiscie, wiec bedzie niemilo”. Nie. Niemki maja w nosie to, czy ktos jest dziwny – a 99% ludzi, ktorzy mnie poznaja, tak mnie odbieraja – bo jak to dorosle osoby skupiaja sie na tym, czy ktos pracuje. Bo to jest istotne: nie zatruwanie sobie zycia.

Jako dorosla osoba sadzilam, ze gimnazjalne zachowania przejda innym z wiekiem, ale intrygi, plotkowanie, emocjonalne podchodzenie (i mowie to ja!) nadal nie chca sie odlepic jak lajno z butow niektorym.
Polki tluka mi, ze Niemki nie sa szczere, bo one tylko sie usmiechaja w pracy, ale poza nia nie jestesmy kolezankami. I szczerze? I gowno mnie to obchodzi, co one sobie za plecami mysla o mnie. Rownie dobrze moga mnie cmoknac w moj plaski tylek – wazne, ze swoje emocje trzymaja jak normalne osoby. Bo na tym polega praca z ludzmi. I ja tez nie wtracalam sie w relacje z kims, dopoki ktos nie wchodzil mi w droge.

Ach! No i mam tu cos, czego w Polsce nie mialam: zaufanie do pracownika.
Nie ma (mentalnie) wiesniackiego wydawania polecen przez nie-przelozonych, a wspolpracowniczki, ktore chca poczuc sie wazne, wiec udaja szefowe, a tym samym sprawdzaja, co druga osoba robi. Tu – moze mam szczescie jak na razie co do szefowych – szefowa wie, co mam robic i to robie i nikt mnie nie kontroluje, a robota jest i tak zrobiona. I co dziwne, pamietam, jak w drugim tygodniu mojej pracy musialam pojechac do banku zalatwic cos w sprawie firmy. Dlaczego? Bo Niemki nie patrza, czy to jest normalne: one zaufanie maja w sobie i nie mysla nad tym.
Moze mam szczescie, a moze za malo przelozonych mialam, ze tak dobrze mowie o Niemkach. Moze, bo jak juz w Bawarii, a teraz pod Berlinem dostalam prace, to mnie w nich trzymali i trzymaja i nie mam potrzeby szukania zaraz innej.

Chcialabym, aby takie zachowania obowiazywaly w Polsce: zebysmy tej solidarnosci, szacunku i zaufania nauczyli sie wzgledem siebie w pracy.

I nikt nie uważa tutaj, z czym w Polsce się często spotykałam, jeśli nie zawsze, że jeśli ktoś był miły/serdeczny wobec współpracowników, uważano go (mówiąc kolokwialnie) za frajera.

anty-rustykalne

anty-rustykalne

Anty-rustykalne kolorowe

Anty-rustykalne kolorowe

PRAKTYKANT
Nie wracam jak narazie, ponieważ tu darmowe praktyki są zabronione według prawa – praktykant musi chociażby minimum dostać.
A u nas? Najlepsza metoda na darmową siłę roboczą: „Zdobywaj doświadczenie. Dajemy ci możliwość rozwoju, stąd darmowe praktyki. Jakbyś mógł, to ty nam powinieneś tak naprawde płacić!”.

NEBENJOB
W Niemczech nie ma „uwłaczających” prac, ponieważ ktoś, kto CHCE pracować, jest szanowany, ponieważ nie leni się. Zatem teraz einbisschen o samej pracy w Niemczech. I o tym, że dlatego uważam za cudowne matki te kobiety, które pracują przy paletach czy na kasie – ponieważ gdy wiele osób patrzy na nie z pogardą, po cichu mówiąc swoim dzieciom „Ucz się, inaczej tak będzie wyglądało twoje życie”, one dla swoich dzieci zasuwają po 12h na kasie, bo nie uwłacza im praca.

W Niemczech wygląda tak sytuacja, że, żeby mieć pracę, trzeba być gdzieś zameldowanym. Aby być zameldowanym, trzeba mieć udowodniony dochód z Niemiec z ostatnich minimum trzech miesięcy, do tego kaucja w postaci trzykrotności rachunków i tzw. „schufa”, czyli dowód, że się nie zalega nigdzie z pieniędzmi, list motywacyjny ode mnie jeszcze chcieli, dlaczego chcę w danym mieszkaniu mieszkać, a także ode mnie chcieli referencje od poprzedniego wynajmującego. Podczas gdy na jedno mieszkanie przypadało w Bawarii 30 chętnych.
Oczywiście sytuacja wygląda tak, że zależy wszystko od landu: niekiedy jest taniej i łatwiej, a niekiedy ląduje się w Bawarii… Niektórzy, oczywiście, mają szczęście, inni zaś mają znajomości, którymi się chwalą: „Ze mną się nie zginie! Ja wszystko ogarnę! Ja jestem zaradna! Pomogę!”, ale jakoś dziwnym trafem przez rok nikt nigdy nie pomógł.

Dlatego, aby mieć owe zameldowanie, trzeba było gdzieś znaleźć pracę od razu. Samodzielnie. Bo nie wynajmowało się pokoju u rodziny czy u znajomych, ani też nikt nie załatwił pracy – pojechało się samemu i samemu się zorganizowało. Taką pracą była… tak, przyznam się: w pierwszym miesiącu dla tego zameldowania była to praca jako listonoszka.
„Pffff! Lekka praca, bo przecież akurat lato, pojeździć sobie na rowerku i porozwozić listy! Aj waj! Ile jeden list może ważyć?!”.
Pewnie. Jeden list: nic. Ale rower ze skrzynkami, w których tych paczek i listów wcale nie ubywało, i który ważył 28 kilogramów?
To, że wstawałam o 4:30 nad ranem, żeby pociągiem podmiejskim podjechać na 5:30 do pracy – nie mogłam narzekać. Ponieważ w Niemczech, jeśli ktoś chce na początku mieć pracę, a nie mówi płynnie po niemiecku, to gdzie pójdzie? Pracowałam w Polsce pisząc (wywiady, artykuły) głównie, dlatego z tego rodzaju doświadczeniem nie miałam prawa oczekiwać Bóg wie czego. To, że codziennie najpierw rozładowałam skrzynki do mojej dzielnicy: 3-4 skrzynek, która każda ważyła po 7 kg i zanosiłam „do swojego działu”, żeby przez najbliżej 2h porozdzielać w zgiętej pozycji do przegródek, a potem kolejne dla mnie 3-4 skrzynki przyjeżdżały i to samo – nie narzekałam. Ponieważ w Niemczech miałam poczucie, że za to, jak pracuję, jest adekwatna pensja. To, że potem z tym rowerem (21 – 28 kg) jeździłam po mojej dzielnicy (a dzielnice były… różne) przez 9 – 10 godzin, nie narzekałam, ponieważ z „trzynastkami” dla kogoś, kto akurat nie jest mojej postury, praca wcale nie jest aż tak ciężka, szczególnie jeśli chce się zarabiać i to (mimo wszystko) zarabiać ładnie, bo na to nie mogłam narzekać.
Mimo tego, że to było lato, dokładnie rok temu właśnie o tej porze woziłam się po mieście, i w tym upale jeździłam przez minimum 8 godzin. A niekiedy w burzę, bo wszystko musiałam skończyć przed daną godziną.
Kiedy nie dawałam fizycznie rady, współpracownicy mi pomagali – byli życzliwi i realnie pomagali, nawet kogoś na początku dostałam do pomocy. Jednocześnie szukałam pracy, jak tylko dostałam meldunek i zorientowałam się, że, hm, cóż, zaczął boleć mnie kręgosłup i straciłam czucie w lewej stopie.

I kiedy słyszałam Polaka, dorosłego faceta czy silną Polkę, którzy mówili:
- Zdrowa, silna, energiczna osoba, bez języka szuka pracy na etat. Nie boję się, że żadnej pracy! Podejmę każdą!
Odpowiadałam, że z „trzynastką” za minimum 1,3 tys. euro* (owszem, to jest ładna pensja, jeśli ktoś nie zna języka i nie chce się go uczyć, choć siedzi już dłuższy czas w obcym kraju) + nadgodziny można jako listonosz.
- Chyba sobie ze mnie żartujesz!

*Skoro już mówimy o pensjach, to krótkie rozliczenie:
- kawalerkach w Bawarii: 600 euro
- kaucja: 1,5 tys. euro – można ją rozłożyć na raty lub kredyt na to wziąć, który się spłaca
- jedzenie: 150 – 200 euro
- kosmetyki (mydło, szampon, tampony itp.): 20 euro
- reszta rzecz: telefon, kartę pociągową itp.

W międzyczasie szukałam „normalniejszej” pracy, którą znalazłam… po dwóch dnia. Wiecie, dlaczego? Ponieważ przyjechałam już z językiem przygotowanym i jeszcze się go uczyłam. Ponieważ wiedziałam, że jeśli chcę mieć normalną pracę, to nie będę siedziała na tyłku i czekała i narzekała, jak to nie można znaleźć pracy i jak mnie źle traktują jako Polkę. O! tego na pewno nie mogę powiedzieć! Wręcz niemiecka szefowa bardzo sobie ceniła to, że chciałam uczyć się języka i pracować, ponieważ (zależy od Niemca, albowiem głupota i sukinsyństwo nie zna granic) raczej Niemiec docenia tych, którzy przyjeżdżają do ich kraju nie po socjal, ale do pracy. Ale to moje doświadczenie.

WYKSZTAŁCENIE
Co mnie zaskoczyło i zdziwiło, to był fakt, że w Niemczech pracodawca płaci za wykształcenie, jeśli zdecydujecie się robić je w dziedzinie, w której pracujecie.
Dajmy na to:

  • Pracujecie w fitness klubie – możecie zrobić wykształcenie jako trener.
  • Pracujecie w sklepiej ze zdrową żywnością – moja znajoma robiła wykształcenie z dietetyki.
  • W sklepie odziezowym? Pracodawca zaproponuje wam wykształcenie np. z handlu/sprzedaży lub marketingu

Moja szefowa pytała, czy bym nie chciała zrobić Ausbildung. Wtedy pracodawca płaci mi nieco mniej (wtedy to było 100 euro, bodajże), ale przez 2 lata szkoły opłaca moje wykształcenie w danej dziedzinie. I nie szkodziło, że nie byłam rodowitą Niemką.
To było super z jej strony. Proponowała mi, wiedząc, że to może mi pomóc. A nie dlatego że był w tym drugi haczyk.
Bo my, Polacy, już zdążyłam to zauważyć, jesteśmy potwornie nieufni. Tak nas kraj nauczył…

W drodze do Niemiec

W drodze do Niemiec

0

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *