Femigracja – zdrowie

niedziela, Luty 5, 2017 0 No tags Permalink 0
Zdrowie w Niemczech

– Zdrowie w Niemczech

Dowiedziałam się, że W Polsce pracując na umowie o pracę, opłacając prywatne leczenie, zostaje mi potrącony dodatkowo podatek za… przychód. Tak jakbym zarabiała pieniądze o wartości tego abonamentu medycznego… To, co wydawałam. Takie ogólnie jest prawo w Polsce. Zatem skoro jest to opodatkowane to z tego idą pieniądze dodatkowo jeszcze na NFZ. Też tak macie, nie bójcie się, tylko dowiedzcie się.

W Bawarii mój lekarz nazywał się Dr Merkel, ale ten na szczęście nie chce wprowadzać obce organizmy do mojego ciała bez mojej zgody.

Z rodzinnego kraju dowiaduję się, że chcą zakazać pigułki antykoncepcyjnej, że ktoś jest na tyle durny, żeby wpaść na pomysł deportowania ateistów. Że w kraju rządzą… Wiadomo. Na obczyźnie doświadczam na własnej skórze, że Polak Polakowi Polakiem – najgorsza rzecz, jaką można spotkać na emigracji, to Polak. Kłótnie i awantury – praca z Polakiem przypomina mi pracę w polskim sejmie. To jakaś nasza kolejna cecha.

- Nie macie jednej „kasy zdrowotnej”?
- No nie… Nasza firma ma swoją kasę chorych, inna firma ma swoja. W Niemczech jest około stu kas chorych. A wy w Polsce macie jedna?!
To tu, w Niemczech, ma sens. Jeśli komuś się cos nie podoba, zmienia kase chorych. Dzięki temu państwo nie robi z obywateli idiotów.

- Jak będziesz chora przez pare dni, dzwonisz i mówisz i tyle. Żadnych zwolnień. Jeśli będziesz chora więcej niż trzy dni, czwartego musisz mieć zwolnienie od lekarza.
Pracodawca, który ufa pracownikowi? Ludzie, którzy nam tu pomagają i to w naturalnie miły sposób?
Dziwi mnie to. Ale to tylko świadczy o tym, że w Polsce rzadko kiedy można z czymś takim się spotkać. To, co powinno być normalne, stało się dla nas dziwactwem. To nie wróży nam, Polakom, dobrze.

Dość, że parę lat temu nagle z OFE do ZUSu politycy chcieli przelać pieniądze, jeśli ktoś nie napisał specjalnego oświadczenia, że chce zostać w OFE – ale politycy wmanewrowali społeczeństwo i wielu z was teraz ma pieniądze w ZUSie i o tym nie wiecie. Dość, że latami płaciłam na NFZ, ale z lekarzy nie korzystałam (nie musiałam, byłam zdrowa przez lata) i jak już potrzebowałam zabiegu na usuwanie guzka, pieniędzy nie było. Dość tego, że politycy nic nie robili z gospodarką, z Kościołem katolickim i resztą istotnych rzeczy za nasze pieniądze. Ale też miałam dość siedzenia w miejscu.
Miałam lecieć w październiku. Dzień po wyborach. To musiał być znak, pomyślałam.  Żeby stąd wyjeżdżać. Uciekać. Ale zatrzymał mnie w miejscu guzek – zatrzymał w miejscu, w którym on nie powinien być, bo w cycku, a ja powinnam być w swojej ojczyźnie. Obciążył jak kamień w wodzie. Guzek w cycku i zostałam w kraju. Miałam biopsję, wycinanie, zabieg, a potem nieco posiedzieć z okaleczoną piersią, żeby nie było jej przykro, że ją całą obolałą w bliźnie zabieram do obcego kraju. A potem konsultacja u lekarza. Moja pierś mnie tutaj zatrzymała. Miałam nadzieję, że nie bez powodu. Że po coś musiałam tu zostać nieco dłużej. Taką mam nadzieję – w tłumaczeniu na język polski: tak się łudzę i oszukuję.

Nie narzekałam (tfu tfu), jak do tej pory na Niemki jako współpracownice czy szefowe. Jedyna kwestia, jaka była nie taka, była moją winą, ponieważ to we mnie była nieufność wobec szefowej, którą przywiozłam z Polski. I druga sytuacja: kiedy zachorowałam.
Ponieważ Niemki mocno dziwiły się, że zachorowałam tak, że potrzebowałam wziąć niemieckie L4 w pracy. Ponieważ Niemki nie chorują.
Jeszcze nie spotkałam się, odkąd 2 lata temu przeprowadziłam się do Niemiec, z tym, żeby któraś była na tyle chora, żeby iść na zwolnienie. Albo one kochają swoją pracę i musiałyby umierać, żeby nie pójść do pracy, ponieważ one kochają pracować i swoje prace.

I ten raz jeden miałam nieprzyjemną sytuację: zachorowałam na zapalenie górnych dróg oddechowych. I weźcie, straciwszy głos, powiedzcie to po niemiecku! #heheszki. Przyszłam do lekarki, widzi, że mam gorączki w zamian za głos, dreszcze i czerwone migdałki spuchnięte tak, że aż się stykają (u mnie to normalka, jak choruję na to. No biggy. #Przyzwyczajona).
- Dostanie pani antybiotyk i może pani wracać do pracy.
- Przecież to jest zapalenie, więc jak mam wrócić do pracy? Poza tym nie uznaję antybiotyków (tylko mi szkodzą bardziej).
- To nie bierz. I wracaj do pracy!
- Potrzebuję zwolnienia.
- Ach! Bo ty nie chcesz pracować! Wiedziałam!
Kapkę się zdenerwowałam, a że miałam tempeture i short temper, odpowiedziałam:
- Chcę pracować, dlatego odkąd tu jestem, pracuję. Nie przyjechałam po wasz socjał, który gówno mnie obchodzi.
Ale to też mogło wynikać z podejścia Niemców do pracy: „Dlaczego ludzie nie chcą pracować, skoro mają pieniądze za to?”. Też nie do końca to rozumiem: dlaczego ktoś nie chce pracować, skoro pensja jest (niemalże) zawsze adekwatna.

W Polsce absolutnie (uwielbiam stosować „absolutnie” w zdaniu nie-przeczącym) rozumiem to, że ludzie nie chcą pracować fizycznie za pensję nieadekwatną do ich wysiłku i za którą nie da się wyżywić, a już na pewno oszczędzić. Rozumiem, że po to ludzie wyjeżdżają z kraju, żeby nie mieli gorzej. Ale nie rozumiem tych, którzy uważają, że dając z siebie 50%, dostaną 100% z powrotem w Niemczech. Tym bardziej, że (z mojego doświadczenia) mogę powiedzieć, że gdy dawałam z siebie 100% w pracy, dostawałam… 100%.

ZDROWIE TO TEŻ JEDZENIE
To może dla kogoś wydać się głupotą-pierdołą, ale to taka niby mała różnica kulturowa, ale jednak za każdym razem wprawie zarówno mnie jak i Niemki w zdziwienie.

Mam dziwne wrażenie, że Niemki niezbyt dużo jedzą. W pracy przez cały dzień jedyną przerwę, na którą chodzą, a chodzą na nie dość często, to są przerwy na papierosa. Jeszcze nie spotkałam Niemki w pracy, która nie pali. Ale żeby coś przez 8h?…
- Steffi, jest 13:00, pójdę na przerwę jedzeniową…
- Już?! Głodna jesteś?!
- No, tak, od 4h jestem w pracy, zgłodniałam.
- No… dobrze – odpowiedziała bez jakichkolwiek pretensji, po prostu zdziwiona.
Po kolejnych 3h znów chciałam pójść na krótką przerwę, żeby coś zjeść przed końcem pracy i znów napotkałam się ze zdziwieniem ze strony drugiej koleżanki. I trzeciej i czwartej. I z moim zdziwieniem, że kogoś dziwi, że je i to dużo, jak na nich.
Tak jest w Brandenburgii teraz, ale identyczną rzecz miałam w Bawarii.

W Bawarii śniadanie raczej jadłyśmy w pracy, a raczej „śniadanie” u moich współpracowniczek polegało na papierosie, kawie i połowie jednej kromki chleba. Cienkiego chleba. Z jednym plastrem wędliny, a potem przez cały dzień do wieczora (kiedy to szły jeść na miasto z mężami, ponieważ 90% Niemek nie gotuje w domu; i wtedy w knajpkach nadganiały cały dzień) nie widziałam, żeby któraś z Niemek coś zjadła i to nie dlatego, że czasu nie było, ponieważ tyle roboty nas czekało każdego dnia – po prostu nie rozumiały, gdy np. ja wyciągałam pudełko z jedzeniem, mówiąc za każdym razem, że ryż, pieczarki, papryka, pomidory, ogórki to za dużo wydawania pieniędzy na jedzenie i czy mi nie szkoda tyle pieniędzy wydawać na to?
Tłumaczenia moje, że na zdrowiu i jedzeniu się nie oszczędza, nie były dla nich sensowne. Tłumaczenie, że jedzenie to zdrowie i jesteśmy tym, co jemy, dlatego powinno się jeść normalnie i zdrowo i w ogóle dostarczać do organizmu przez cały dzień minerałów, żeby później nie chorować, było jak kulą w płot lub grochem o ścianę. Albo walenie głową w mur. Mur beton, nie pojmowały – inny sposób myślenia. I kropka.

Może Brandenburgia i Bawaria tak mają. Może akurat ja miałam takie szczęście, żeby tylko wśród takich Niemek pracować. Może, ale pamiętam, że tych 15 lat temu byłam na wymianie międzyszkolnej w liceum, w Kolonii, zatem jeszcze inny land, bo Nadrenia Północna-Westfalia. Z „moją” Niemką dnia nie zaczynałybyśmy od śniadania, gdyby nie to, że ja je jadłam. Rozmawiając z koleżankami Polkami, które ze mną pojechały, okazało się, że i „ich” Niemki też dziwi, że ktoś potrzebuje dużo zjeść – że nomen omen tak samo jak tych 15 lat później połowa plastra chleba z cienką wędliną wystarczy na 10h do następnego posiłku, który był czymś tłusto-odgrzewanym w mikrofalówce. Dlatego któregoś razu „moja” Niemka zdziwiła się, że jej zasłabłam z niedojedzenia. Właściwie to moja wówczas 14-letnia Niemka również uznawała rozpoczęcie dnia od papierosa, uznając je za śniadanie.

Ciąg dalszy mojej wiedzy o zdrowiu nastąpi…

Niemki nie jedzą

Niemki nie jedzą

0

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *