Nie-poradnik cz.2

sobota, Styczeń 7, 2017 0 No tags Permalink 1
fot.: Daniel Taylor

fot.: Daniel Taylor

Zawsze piszę: nie mylmy bylejakość z czymś wyjątkowym.
Często piszę o tym, że związki-na-siłę nie uszczęśliwią nas. Często tłumaczę, że jeśli nam się w związku coś nie podoba, nie rozwija nas, nie satysfakcjonuje, to nie to, to wcale nie musimy w nim tkwić. Tłumaczyłam, że idealnym związkiem jest najpierw związek z samą sobą – pokochanie swojego własnego towarzystwa, aby czasem nie wyjść z siebie, jak sama siebie wnerwiasz.

Jak wiele kobiet, mówię, co myślę i mówię, jak jest, a to, że niektórym się to nie podoba, to bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. To, że kobieta mówi to, co myśli, nie znaczy, że jest wredną suką. Albo histeryczką.
I dlatego oczywiście i tak niektórzy lepiej wiedzą, że mam problemy sama ze sobą, ponieważ rzucił mnie narzeczony przed ołtarzem, od lat jestem samotna i nikt mnie nie chce, nikt mnie teraz nie kocha i jestem sama, dlatego tak sobie sama wmawiam, chcąc najpierw wam to wmówić. Otóż – nie. Piszę tak, ponieważ… helo?! Jestem feministką, zatem z natury nienawidzę wszystkich mężczyzn, duh!

Uważam, że związek, w którym jest prawdziwa, mocna miłość, sam się nie zrobi. Niestety, bajki nas nauczyły „Żyli długo i szczęśliwie”, a potem wszystko się kończyło i nikt nam nie tłumaczył, na czym to polegało. Dlatego wydaje nam się, że kiedy coś przestaje grać, albo my z ukochanym współgrać, to nie jest to „to”. Często i tak, ale nie zawsze. Mam po prostu wrażenie, że nie nauczono nas budowania tego związku, ale ktoś pomylił to budowanie z poświęcaniem się i rezygnowaniem z samej siebie.
Odejmijmy ten element w równaniu, jakim jest właśnie „rezygnacja z samej siebie, aby mężczyzna był zadowolony” i pomyślmy, że nad związkiem, w którym ma powstać miłość, nie zaś miłostka, naprawdę trzeba popracować.

Wydaje mi się, że fajnie by było, jakbyśmy zrozumiały, że nic samo się nie zrobi i że najpierw trzeba poznać tę drugą osobę, zanim wszystko się ułoży.
Psychika ludzka zmienia się średnio co sześć lat, zatem i człowiek się zmienia. Trudno więc, aby nasz związek, miłość była taka sama, skoro i my nie jesteśmy już tacy sami. Jeśli my się zmieniamy i nas partner również się zmienia, to nikt nie powiedział, że zmienimy się w tym samym momencie. A już na pewno nie zmienimy się „w tym samym kierunku”.
Każdy z nas mówi odrębnym językiem, pomimo tego, że obydwoje mówią np. w języku polskim. I choć na początku, w okresie godowym, słyszymy głównie te podobieństwa, to wiele nas różni. Np. to samo słowo, którym często się posługujemy, ponieważ je lubimy, podświadomie może u partnera wywoływać negatywne emocje. Może to wynikać z doświadczeń z dzieciństwa lub z poprzedniego związku. Tak też bywa – nie ma w tym niczego złego, tylko musimy ten język-kod rozszyfrować. Wyobraźcie sobie: was uspokaja np. batonik. Nie żartuję teraz. Ponieważ, dajmy na to, kiedy byłyście smutne jako dzieci, mama dawała wam batonik, przytulała, a potem pomagała wam rozwiązać jakiś problemy. Zatem ten batonik kojarzycie pozytywnie i często po niego sięgacie, aby na początku rozwiązywania problemu się uspokoić. To jest taki nieco odruch Pawłowa – wyuczony odruch. Ten batonik nie dacie psu, kiedy źle się czuje, ponieważ pies „nie mówi w waszym języku”. Po batoniku pies się rozchoruje ciężko. Tak samo jest z waszym partnerem: to, że wy jecie batonika, nie znaczy, że może tak samo zadziałać na waszego partnera. Musimy przemówić do niego inaczej niż tym batonikiem. Musimy poznać jego język i w tym języku do niego przemawiać, aby nas rozumiał i słuchał. I odwrotnie: nauczyć partnera naszego sposobu komunikacji. Dzięki temu możecie rozmawiać bez słów przez całe wieki.

Może to będzie banalne, co powiem, ale kwestia… Nastawienia. Tak, banalniejsza być nie mogłam. Ale wyobraźcie sobie: wraca któryś z partnerów do domu dzień w dzień w złym humorze, co jest bardzo prawdodpoobne, jak praca nie satysfakcjonuje, zarobki nie pozwalają spokojnie żyć, szef to fiut, ludzie (absolutnie nie mówię o bezdomnych – o nich nie będę mówiła źle!) w komunikacji miejskiej śmierdzi itp. Ma prawo codziennie być padnięty i nie w humorze. Druga osoba również. Ale jeśli jeden z dwójki partnerów nakręca się i lubi zostać w swoim malkontenctwie, mimo tego że druga osoba pociesza i stara się poprawić humor, to ta pierwsza ma prawo mieć dosyć. Pierwsza ma prawo powiedzieć: „Ja też tu jestem. Ja też jestem zmęczona” i oczekiwać, aby ukochana osoba zmieniła nieco podejście: „Mogłaby druga osoba po prostu cieszyć się z mojej obecności: z tego, że jestem obok i ona może dzięki temu odsapnąć przy mnie”. Jeśli partner głównie narzeka, to może w końcu się uciszyć, ponieważ – jak powiedziałam – szczęście samo się nie zrobi, a druga osoba też ma prawo słyszeć dobre rzeczy, kiedy już wysłucha naszego narzekania po całym dniu, i usłyszeć miłe rzeczy, żeby widziała, że ukochana osoba mimo wszystko jest szczęśliwa, że my jesteśmy obok.

Ponieważ pracowanie nad związkiem to też praca nad samym sobą. Oczywiście: kocha się drugą osobę za to, jaka jest. Ale my też powinniśmy chcieć się zmieniać. Ale tylko na lepsze. W tym nie ma niczego złego, wręcz byłoby to wskazane. W pracy chcemy się rozwijać, w pracy też chcemy awansować i żeby nasza pensja wraz z ewaluacją naszych zdolności i kwalifikacji. W życiu też (zazwyczaj) chcemy być lepszymi ludźmi. Więc dlaczego nie dzięki związkowi? Dlaczego nie popracować nad swoimi wadami?

Ale ja się nie znam! Ja tylko słucham, co ludzie do mnie mówią!

1

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *