Femigracja I

piątek, Lipiec 1, 2016 0 No tags Permalink 2
Żadna Kolejna Miłostka

Żadna Kolejna Miłostka

Tu jest dobrze, tu jest miło -tu jest martastycznie. W Polsce najgorzej nie było: chujowo, ale stabilnie. A mi bylejakość nie odpowiada. A jak nie odpowiada, to trzeba to zmienić, zamiast czekać, aż manna z nieba spadnie. Ani siedziała i marudziła i czekała aż zgorzknieję. Baby same robią, co chcą ze swoim życiem.

Bo blogi bab nie są tylko od zapisywania pierdółek miłosnych i pisania o seksie.

Ani to w pełni ekstrawertyczna, ani introwertyczna. Ambiwertyczna.
Wyjść do ludzi, a jednocześnie zostać w domu. Poznać nowych, żeby zaraz szybko się znudzili. Wyrzygać z siebie na innych emocje, gdy wnerwią, ale uczucia zachować dla siebie. Zostać i wyjechać z tego kraju jednocześnie.

Ambiwertyczna schizofrenia.
Uwierała mnie cebulowo-prawicowo-Januszowa mentalność, więc wyjechałam z tego kraju, a jednocześnie nie chciałam. Za bardzo kocham mój kraj, żeby patrzeć, co w nim się wyprawia.
Wychowywali mnie mama i dziadkowie – za dziadkiem jak za rodzicem tęsknię od 1,5 roku, teraz przytula mnie tylko babcia i mama. Babcię przytulam ledwo – wydaje mi się taka drobna, że boję się ją ściskać, żeby nie zrobić krzywdy – i mówię, żeby nie płakała (bo przecież to nie jest daleko), ale sama płaczę. Bo przecież nie mamy wojny, nie ma głodu w naszym kraju, a mimo to ludzie uciekają stąd.
A może przesadzam, bo przecież Polska nie płonie.

Miałam dość polskich Januszy. Chlania na imprezach i tekstów „Ze mną się nie napijesz?” lub „Kto nie pije, ten z policji”. Mam dość niewygody, albo zmuszania się innych do przystosowania się do tej wygody: „Jest, jak jest. Nic się nie zmieni. Oby nie było gorzej”. Miałam dość tego, że ciągle głosujemy na polityków – różnych, tych samych – ale nadal to samo. Dość, że parę lat temu nagle z OFE do ZUSu politycy chcieli przelać pieniądze, jeśli ktoś nie napisał specjalnego oświadczenia, że chce zostać w OFE – ale politycy wmanewrowali społeczeństwo i wielu z was teraz ma pieniądze w ZUSie i o tym nie wiecie. Dość, że latami płaciłam na NFZ, ale z lekarzy nie korzystałam (nie musiałam, byłam zdrowa przez lata) i jak już potrzebowałam zabiegu na usuwanie guzka, pieniędzy nie było. Dość tego, że politycy nic nie robili z gospodarką, z Kościołem katolickim i resztą istotnych rzeczy za nasze pieniądze. Ale też miałam dość siedzenia w miejscu.

Miałam lecieć w październiku. Dzień po wyborach. To musiał być znak, pomyślałam.  Żeby stąd wyjeżdżać. Uciekać. Ale zatrzymał mnie w miejscu guzek – zatrzymał w miejscu, w którym on nie powinien być, bo w cycku, a ja powinnam być w swojej ojczyźnie. Obciążył jak kamień w wodzie. Guzek w cycku i zostałam w kraju. Miałam biopsję, wycinanie, zabieg, a potem nieco posiedzieć z okaleczoną piersią, żeby nie było jej przykro, że ją całą obolałą w bliźnie zabieram do obcego kraju. A potem konsultacja u lekarza. Moja pierś mnie tutaj zatrzymała. Miałam nadzieję, że nie bez powodu. Że po coś musiałam tu zostać nieco dłużej. Taką mam nadzieję – w tłumaczeniu na język polski: tak się łudzę i oszukuję.

 

„Nie ma mnie. Nigdy nie istniałam”. Nagrywam powitanie na automatycznej sekretarce na swojej komórce.

Komórka – narzędzie do zabijania romantyczności w XXI w. Skoro ludzie mogą od razu odpisywać sobie na smsy, paradoksalnie mniej im się chce w ogóle odpisywać. Im jesteśmy bardziej do Internetu podłączeni, tym jesteśmy mniej z innymi połączeni.

A mimo to, że czułam się połączona z ludźmi tu i miejscem tu, postanowiłam wyjechać z mojej strefy komfortu. Wychowanie, światopogląd, obawy, które mnie kształtowały i doświadczenie. Jak teraz zapakować całe życie do torby podróżnej i wyjechać stąd? Do czego to doszło, że człowiek jest wypychany ze swojego miejsca. Coś w tym musi być, skoro to Polacy uciekają ze swojego kraju na Zachód, a nikt z Zachodu do Polski.

W końcu nie jestem drzewem – gdy coś nie spodoba mi się, mogę zmienić miejsce pobytu. Tylko dlaczego tylu Polaków chce uciec ze swojego kraju. Coś tu jest nie tak, skoro nie uciekają Anglicy czy Niemcy ze swojego domu. Ale to nie jest ucieczka OD kraju, ale ucieczka DO wolności.

Homo separatum. Człowiek, który czuje się odłączony. Nie czuje przepływu życia w sobie.
Choć nie do końca, bo ono przepływa, bo to życie jest, ale zastygło.

Homo separatum. Człowiek, który czuje się odłączony. Bo w Niemczech od domu oddalony, ale w Polsce od ludzi odłączony. Bo nie czuje przepływu życia w sobie… Choć nie do końca, bo ono przepływa, bo to życie jest, ale zastygło. W Nowy Rok pewnie też będę w swoim pokoju. Pewnie też nigdzie nie pójdę, bo za co i do kogo? A jak gdzieś chodzę, to chodzę w niebieskich włosach i niebieskich ustach i nikt za mną się nie ogląda, nie zaczepia, nie komentuje. I to kocham. Ktoś złośliwie wytknie mi moje płytkie postrzeganie rzeczywistości i odbieranie emigracji. Ale ja zaczynam od tego: od rzeczy banalnych, a skończywszy na rzeczach ważnych jak ustawa antyaborcyjna. Bo i w kwestii wyglądu i kwestii życia chodzi o wolność.

Taka polska mentalność – walczymy o wolność, o swoje.
I kolejna cecha – przestaliśmy komuś ufać. Nie ufamy tutaj w Niemczech pracodawcom, na początku, choć ci jeszcze nam niczego nie zrobili. Jak taki bity pies, co nie ufa, gdy ktoś chce pogłaskać. Nie ufamy obcym, bo ci zabrali nasze ziemie. I nie ufamy politykom, którzy obiecują, że chcą dla nas dobrze. Szczególnie, gdy mówią o samym pomyśle takiej, a nie innej ustawy antyaborcyjnej. Sama myśl, że komuś taka myśl powstała w głowie, mnie przeraża.

Nie wracam, ponieważ wystarczy mi tu popatrzeć na rodaków: pierwsza Polka, z którą mam styczność i z którą pracuję, jest pierwszą i jedyną osobą, która swej rodaczce podkopuje dołki pod nogami – jakby nam tu na obczyźnie nie było wystarczająco z górki. A jedynymi osobami, które mi pomagają są Niemcy i Niemki. Już zapomniałam o najbardziej polskim słówku: „żółć”. Słówko i cecha, która nam towarzyszy. Im dalej od takich, tym zdrowiej i lepiej.

Nie chcę szukać się z bliskimi po całym świecie.

Do czego to doszło, żeby człowiek zostawiał swój dom. I wszystko, co ma tu. Bo jakiś przymus. Ale ci, którym jest dobrze i wygodnie, tego nie zrozumieją. Ci, którym jest za wygodnie, będą się krzywili, jakby im śmierdziało pod nosem. Ci niezadowoleni będą szukali normalniejszego miejsca. Czyli poza granicami tego absurdu, które wyznaczyli nam polscy politycy.

Wybieram samochód, zamiast samolotu, bo na lotnisku łatwo poznać Polaków – paradoksalnie kolejki im obce. Paradoksalnie, bo przecież za czasów PRL-u się nastaliśmy w kolejkach. Kolejka w sklepach do mięsa, którego nie było. Jakiś absurdalny obrazek. Stoimy po produkty widmo. Teraz ludzie stoją w kolejce do samolotu, ale jakoś ta kolejka im się burzy, bo wszyscy się pchają, przepychają. Brakuje jeszcze, żeby dzieci staranował tłum. A może ludzie się nastali za czasów PRL-u i dlatego teraz mają dość czekania. W każdym razie na lotnisku trzeba walczyć, żeby nikt cię nie przewrócił. No tak, bo przecież samolot a nuż odleci bez kogoś. I to istotne dla innych czy wejdą drudzy czy jako piąty.

W samochodzie bałam się zdrzemnąć w Polsce, bo bałam się, że obudzę się w innej rzeczywistości. Dlatego wyjechałam stąd na trzeźwo, podczas gdy innym czas szybciej zlatuje w tym chorym i smutnym kraju, gdy człowiek się zachleje tak, że film się urwie.

Wyjechałam na trzeźwo, póki nie zwariowałam. Do Niemiec. Gdzie co czwarta osoba mówi po polsku, a co druga po turecku. Szczególnie w Berlinie, który ominęłam. Przecież ja nie wyjechałam, żeby mieć dach nad głową, bo miałam gdzie mieszkać. Nie wyjechałam, ponieważ tu nie mogłam znaleźć pracy.

Ludzie myślą, że to takie ekscytujące, bo można zacząć życie od nowa. Chyba nie wiedzą, co mówią. Nie da się ot tak zacząć od nowa i zrobić, żeby to życie było lepsze. Nie zawsze. Nie każdy. Poplątany ład. Jest plan, żeby stąd uciec, ale nie chce człowiek zostawiać mieszkania, wydawać wszystkich pieniędzy i zostać bez niczego gdzieś, gdzie znajdzie się bez niczego, bez pomocy i z nikim się nie zrozumie. Jakby wsadzili mnie do pustego pokoju i kazali tam zostać na zawsze. Bo wątpliwe, żeby można było do czegoś tutaj wracać.

Przypomina mi się Zając z „Alicji w Krainie Czarów”. Ciągle spoglądał na swój kieszonkowy zegarek i powtarzał „Jestem spóźniony! Jestem spóźniony!”. Mój prywatny zegar też mi to powtarzał. I nie był to kieszonkowy, ale wielki, głośny, co wybijał co jakiś czas, nieregularnie, niespodziewanie. Byleby przypomnieć mi, że jeszcze się nie ustabilizowałam. Jeszcze nie mam dzieci. Jeszcze nie mam normalnego życia.

A jakby tak zawrócić? Tylko który to przód, a który tył? Chyba kompas w życiu się spierdolił. I już nie wiem, którędy do domu.

Dom już daleko. Dojechałam. Takie zaskoczenie: pogoda , brytyjska, zatem i humor brytyjski by się przydał. Monty Python na „dzień dobry”, żeby przetrwać.

Kiedy to piszę, zniknęły mi już polskie znaki. Znaczy, że kraj już nieco dalej niż bliżej.

2

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *