Kobieta dla siebie

czwartek, Czerwiec 30, 2016 1 No tags Permalink 0

Żadna kolejna miłostka

Kocham te różnorodność

Kocham te różnorodność

Wiecie, co uważam o nachalnym wstawianiu selfie. Dlatego też, kiedy ja coś napiszę, napiszę to w jakimś celu.

Jestem feministką i dlatego uważam, że kobiety powinny robić coś przede wszystkim dla siebie. Powinny być aktywne – dla siebie. Powinny dbać o zdrowie i zdrowe ciało i zdrową sylwetkę – dla siebie. Od zawsze ćwiczę. Jak wiele z nas. Taniec, jeździectwo, gimnastykę, a teraz jeszcze siłownia i zaczynam biegać. 

Feminizm to walka o to, aby kobieta robiła to, co ona samodzielnie uważa, że jest dla niej najlepsze. A nie to, co inni starają się jej wmówić. Zatem dziwne, że niektóre „feministki” chcą nam wmówić, jak powinnyśmy się zachowywać i jak ja powinnyśmy wyglądać, skoro tak głośno krzyczą o różnorodności. Dziwne dla mnie, że niektóre mówią:
- „Prawdziwa kobieta ma krągłości”
- „Wolę ćwiczyć mózg, niż mięśnie na siłowni”.
Brzydko, paskudne zachowanie.

Jestem feministką, więc nie jestem mimozą, która jest bierna w życiu. W przenośni i dosłownie. Bo bycie feministką to nie jest tylko (wbrew temu, co się innym wydaje), ględzenie, ale też robienie.
Bo to jest tak, że w świecie pełnym Kim Kardashianek, ja wolę Marię Skłodowską.
Wszystko, co robi, powinna robić dla swojego szczęścia i swojej przyjemności. Nie dla oczy mężczyzny głównie.

W świecie pełnym króliczków Playboya, ja wolę Cardio Bunny.

Jestem feministką, w swoim rodzaju, i uważam, że kobietę czyni piękno jej pasja. Zresztą nie rozumiem, jak można żyć bez czegokolwiek dla siebie i interesować się czymś więcej niż robótkami i historyjkami miłosnymi.

Piszę to, ponieważ namawiam kobiety do posiadania swojej pasji. Do czegoś, do czego będą mogły „uciekać”, żeby mieć swoją przestrzeń i swój święty spokój.
Jeśli siedzę w kuchni, to po to, żeby dla siebie coś zrobić.
I może wiele panów to zdziwi, ale my kobiety, dbamy o swoje ciało dla samych siebie.
Wiele kobiet ćwiczy – dla siebie.
Wiele kobiet dba o fit styl życia – dla siebie.
Dlaczego? Ponieważ zmieniła się nasza mentalność.

Wyobrażacie sobie, że macie ochotę poczuć przyjemność od aktywności fizycznej, gdy tylko pojawia się wiosna, a macie zabronione? Albo też czy wyobrażacie sobie, że za czytacie… gazet kobiety bez problemu trafiał do „psychiatryków”?
Nie, ponieważ brzmi to zbyt absurdalnie, aby było realne. Ale tak jeszcze w zeszłym wieku (!) było.

Wiecie, że kiedyś kobiety nie mogły…

- uprawiać takiego samego sportu jak mężczyźni?
- brać udziału w Maratonach?
- jeździć na rowerze?
- mieć majątku na własność? Najpierw ojciec posiadał majątek córki, a następnie jej mąż.
- zdobywać wykształcenia na studiach?

Dopóki nie pojawiły się feministki. Silne kobiety, które zawalczyły o to, żebyśmy my teraz mogły żyć w zgodzie ze sobą, czyli zajmować się swoimi pasjami, codziennie siebie ulepszać i mieć wolny wybór.
Tamte baby – feministki, czyli te, które w Polsce są pogardzane, nie wiedzieć, dlaczego – odważyły się i wygrały. I teraz możemy im dziękować za możliwość wyboru.

Dla mnie mój „WF” – treningi taneczne, sport, jeździectwo, siłownia, bieganie, zumba, yoga – to jest dla mnie część mojego feminizmu – chodzi o pokazywanie samej sobie, że dam radę.
Jestem feministką, dlatego też uważam, że powinnam być aktywna… Zresztą czuję to, bo od małego uprawiam aktywności sportowe. I uważam i czuję, że kobieta nie jest od tego, żeby leżeć i pachnieć. Kobieta potrafi dać lepszy wycisk na siłowni, w maratonie, w galopie na koniu, niż niejeden facet.

Nie rozumiem również, jak można sądzić, że my kobiety jesteśmy słabą płcią, mniej wytrwałe fizycznie. Jesteśmy tak samo zawzięte, konsekwentne i wytrwałe, jak mężczyźni. Choć przez wieki wmawiano nam coś zupełnie innego.
A jednak uparcie walczyłyśmy o równouprawnienie, a teraz o to, żeby biec ramię w ramię z innymi na maratonach. Słaba płeć? Nie sądzę.

W świecie pełnym "Króliczków Playboya", ja wolę Cardio Bunny.
.

Żadna Kolejna Miłostka

Ja z moim Cardio Bunnym <3

Ale jak na feministkę przystało, wiecie, taką stereotypową, nie jem mięsa. Żrę trawę. Ponieważ nie wyobrażam sobie, jak mogłabym jeść mięso i przejmować się losem zwierząt. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś miał testować na niej kosmetyki, tylko po to, abym ja chodziła z lepszym samopoczuciem piękna. Już nie będę wspominała o przemyśle mlecznym czy mięsnym. Ryż i kurczak to tradycyjne danie kulturystów i trenerów personalnych. Nie zaś dla mnie – nie uznaję kurczaków, które karmione są antybiotykami, ani krów, które karmione są testosteronem i innymi hormonami. Cukier też należy do wrogów organizmu i: nie, nie dlatego, że tuczy. Nie tylko, ale dlatego, że karmi choroby i karmi nowotwory.

I jak na stereotypową feministkę przystało – staram się jeść naturalnie. Dlatego namawiam do tego, żeby żreć trawę. Oczywiście żartuję. Ale rzeczywiście namawiam do tego, żeby wzmocnić charakter i zrezygnować z niezdrowego jedzenia, czyli życia z harmonii z przyrodą i ze sobą. Bo wbrew temu, co nam się wydaje, mięso nie jest nam aż tak potrzebne do życia. Jestem wegetarianką, ale nie faszystką – nikogo nie zmuszam do niczego, ani nie wciskam nikomu mojego podejścia do świata. Staram się jedynie uświadamiać, np. opowiadając o tym, jak testuje się na zwierzętach kosmetyki. Jestem kobietą świadomą, więc nie byłabym w stanie bez wyrzutów sumienia stosować kremików na twarz, które wcześniej jakiemuś królikowi z laboratorium wyżarło oczka. Z kosmetykami jest trochę jak z Media Markt – nie dla idiotów; nie należy wcierać w siebie cokolwiek bez pomyślunku, tak samo z żarciem byle czego. Takie stereotypowe feministyczne gadanie…

A jak nie-stereotypowa feministka zakończę kwestią – cóż – mniej poprawną politycznie. Mianowicie fit-sylwetką.
Bo też sztuką jest ćwiczyć silny charakter i jeść to, co powinno się jeść i żyć nie byle jak.
Bo aktywność fizyczna (nie mówię o seksie) powinna być fundamentem życia, nie zaś jego dodatkiem.

Żadna Kolejna miłostkaŻadna Kolejna Miłostka

Nie, nie uważam, że „prawdziwe kobiety” mają krągłości. Nie, nie uważam, że powinno się propagować otyłość, ponieważ jest piękna. Szczerze? To dla mnie jest to oznaka słabego charakteru. Tego, że zamiast tworzenia mięśni i kondycji i silnego charakteru, tworzy się wymówki, żeby się nie ruszyć. Nie chodzi tu o tyranię wychudzonych modelek, ale skoro społeczeństwo nie chce propagować anoreksji i bulimii, czyli chorób, to także nie powinno się promować otyłości, albowiem to też choroba. Nie widzę niczego pięknego w otłuszczonych narządach wewnętrznych. W tym, że ciało jest pokryte tłuszczem, zamiast potem po siłowni, czy bieganiu. Widzę bycie sexy w silnym charakterze.

Ponieważ należy dbać o swój rozwój zarówno intelektualny, duchowy jak i fizyczny. Żadna siostra feministka mi nie wmówi, że duże też piękne. Ponieważ nie jest to sztuką nicnierobienie. Raptem 5 – 7% ludzi otyłych jest otyła ze względu na choroby (np. problemy z tarczycą), reszta zaś doszła do momentu, kiedy uznali, że na początku chudli, ale później było już ciężej – bo najpierw schodzi woda z organizmu. Bądź też, że skoro już schudli 5 kg w ciągu miesiąca, mogą zrobić sobie przerwę. Albo też doszli do tego momentu, że uznali, że dieta jest nie dla nich, bo nic im ona nie daje, choć lekarze alarmują, żeby zaprzestać jeść śmieciowego jedzenia. A że nie macie pieniędzy, żeby kupić sobie coś zdrowego do pracy? Dzień wcześniej przygotujcie jedzenie do shakerów bądź też pudełek.

Nie jest sztuką doprowadzenie swego ciała do choroby, jaką jest otyłość, żeby w następstwie tej choroby zacząć chorować na m.in. wczesne zagrożenie zawałem serca, wczesne przeciążenie stawów, miażdżycę, cukrzycę, zwyrodnienie kości, choroby układu oddechowego, zaburzenia hormonalne oraz choroby nowotworowe etc. Sztuką jest codziennie wstawać i mówić sobie „dam radę”. Bo zaczyna się od sportu – jaki by to nie był – a kończy się na życiu, ponieważ sport zmienia postrzeganie rzeczywistości. Uprawianie sportu wzmacnia charakter i zmienia mentalność.

Zaczyna się od tego, że myślisz sobie, że nie dasz rady wytrzymać na zajęciach, ale okazuje się, że ogromną siłę mają tak naprawdę nie mięśnie, a myśli. I okazuje się, że jak uwierzysz, to już przeskoczysz połowę sukcesu. I dajesz radę i wytwarzasz sobie endorfiny w swoim organizmie, czyli hormony szczęścia. Widzisz? Jesteś swoją własną fabryką szczęścia. Nie wiedziałaś o tym, co? A te hormony uzależniają, bo przecież nikt nie chce być nieszczęśliwy w życiu. Więc znowu idziesz na trening taneczny, na zajęcia, na cokolwiek, i dajesz z siebie tyle samo i myślisz sobie, „O! To nie był przypadek, że mi się udało!”, więc na następnym treningu okazuje się, że dajesz z siebie jeszcze więcej. I zaczynasz się zastanawiać i wierzyć w to, że w życiu w innych sprawach też może ci się udać zrobić coś, w co nie wierzyłaś, że zrobisz tak jak na treningu.

Ja z moim Cardio Bunny <3
0
1 Comment
  • pauli007
    Styczeń 10, 2017

    To, o czym piszesz to nie jest feminizm, tylko egoizm…

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *