Auto-miłość

sobota, Luty 14, 2015 0 No tags Permalink 1
Auto-miłość

Auto-miłość

            Tak, wiem, wiem – feministki to kobiety, które mają problemy same ze sobą. I nie potrzebują nikogo do tego. Zatem jako feministka postanowiłam pójść z samą sobą na parę randek, aby siebie samą lepiej poznać. A nuż nie daj Boże baba by się w sobie zakochała. Auto-erotyzm i auto-miłość by powstał, a przecież to się powinno leczyć.
Mówią nam, jak ważne jest, abyśmy znaleźli drugą połówkę, ponieważ to nam da szczęście. A jak jej nie znajdziemy, to staniemy się niekompletni? To bądźmy kompletne same ze sobą.

… czyli małą alternatywa dla „artykułów” kolorowych czasopism „Parę kroków podczas randki ku idealnemu związkowi: Spraw, aby on oszalał na twoim punkcie!” (tematy artykułów dłuższe niż ich treść), zamieniam na: „Oszalej na swoim punkcie!” (tak, wiem, wiem – równie naiwny tytuł co w kolorowych pismach). Czyli zacznijcie ze sobą rankdować! Albo nabawcie się schizofrenii.

  1. Pierwszy krok
    - Długo zastanawiałam się nad makijażem dla siebie. W czym ja się samej sobie pokażę, żeby się sobie spodobać? Bo przecież muszę pokazać siebie od jak najlepszej strony. Może pokażę siebie jako seksowną kobietę? Może pokażę siebie jako tę niewinną, aby być dobrą później dla samej siebie…? Ale potem uznałam, że od razu będę dobra dla samej siebie i pokażę siebie… w niczym. Na twarzy.
    W końcu mam przeżyć ze sobą resztę moich dni. Na zawsze. Więc wypadałoby pokazywać swoją twarz taką, jaką jest. Bez botoksu, bez naciągania, bez makijażu na pierwszej randce. Po to, żebym obudziła się któregoś dnia i patrząc na siebie w lustrze, nie zastanawiała się: „Kim jest ta paskuda?!”.
    Nawet nie zakładałam seksownych, obcisłych ubrań, aby pilnować się, aby nieustannie wciągać brzuch.
  1. Drugi krok
    Na pierwszej randce było tylko zapoznanie: poprzyglądanie, nieco oswojenie się ze sobą. Wszystko na spokojnie. Zaś na drugiej wypada ze sobą porozmawiać. Nieco schizofrenia, ale co tam. Były obawy (tak, wiem, powinnam wziąć tabletkę na uspokojenie), czy np. sama siebie polubię? A jak siebie przegadam na śmierć? Albo będę sobie przerywała?
    Zrobiłam to, co Marilyn Manson odpowiedział kiedyś w jednym z wywiadów („Bowling in Columbia” Michaela Moore’a): „Tylko bym słuchała”. Więc tak zrobiłam: sama siebie słuchałam i zadawałam pytania. Bez osądzania siebie i pouczania, jaka powinnam być, jak powinnam się zachowywać. Z czego wypada się śmiać, a z czego nie. I o dziwo wiecie co? Sama się ze sobą zgodziłam!
  1. Trzeci krok
    Po pierwszym wrażeniu i po rozmowie trzeba coś ze sobą zrobić, żeby się nie zanudzić. Bez jakichkolwiek stereotypów: „Kobiety uwielbiają drogie restauracje”. Postanowiłam siebie zapytać, zamiast sugerować się „Sprawdzonymi metodami, aby dobrać się do siebie”. Nie chciałam siebie zaskakiwać na siłę.
    Poszłam do kina sama ze sobą… Tak, wiem – „forever alone”, sama z siebie się śmieję, ale przynajmniej mam od cholery śmiechu. Nie wstydziłam się tego, że ze sobą siedzę – nie obchodziło mnie, co inni sobie pomyślą, jak mnie zobaczą ze mną.
    I nie poszłam na komedię romantyczną, aby siebie samą nastroić. Nie poszłam też na nużący, aczkolwiek jakże przez większość (niekiedy pseudo) intelektualistów uznany za kunszt filmowy, aby we własnym odczuciu uchodzić za niezwykle elokwentną i inteligentną osobę. Poszłam na horror – zwykły, otępiający z niezdrowa adrenaliną horror. Bo takie filmy też lubię i chciałam od razu siebie uprzedzić: „Hej! Nie mam się czego wstydzić! Albo to będziesz tolerowała, albo ten związek nam nie wyjdzie”.
    Ach! I najważniejsze: popcorn był cały dla mnie! A ja jeść lubię!
    Nie musiałam też uważać na alkohol: wystarczająco dużą ilość, aby nie czuć się neikomfortowo z nową osobą, wystarczająco małą ilość, aby siebie nie ośmieszyć: „Kobieta, która pija?! Niezbyt to dobrze o niej świadczy!” (podczas gdy jednocześnie panowie „muszą raz na jakiś czas z kumplami się wyszaleć – im wolno).
  2. Krok czwarty
    - Ciężko zgrać się z ludźmi na wakacje: każdy ma inne terminy w pracy, albo komuś kierunek podróży nie odpowiada.
    - A jak już spośród tych 4400 przyjaciół na FB komuś przypasuje i data i kierunek wakacji, to w trakcie ich okazuje się, że coś nam nie odpowiada.
    - Tak. Paulo Coelho albo jemu podobny by powiedział: „Jeśli chcesz poznać kogoś naprawdę, weź go w podróż”.
    - Widzisz, Marta? Co dwie głowy to nie jedna! – powiedziałam do siebie w trakcie naszej rozmowy.
    Więc postanowiłam zaoszczędzić i samej polecieć sobie na wakacje. Gdzieś. Daleko.
    Oczywiście grozi to tym, że ludzie będą plotkować: „Jak wyjechała sama ze sobą, to pewnie to coś znaczy. Np. chęć sex-przygody”. Ale może skoro mam przeżyć urlop, to chyba warto? W końcu to moje życie, moje zdrowe (bo miłe) chwile. Zamartwiać się tylko dlatego, że inni (jak to szło?) z „brzydkimi pracami i nudnymi twarzami”, by plotkowali?
    Oczywiście w wielu miejscach nie jest bezpiecznie, zatem wybieram te miejsca, aby nie kusić losu. Ale może jeśli ktoś zobaczy, że rozmawiam sama ze sobą, to sobie odpuści podchodzenie do mnie.
  1. Krok piąty
    Cóż, ewidentnie sama przed sobą wyszłam na łatwą, ale na czwartej randce postanowiłam po ludzku, jak zdrowy człowiek, sprawić sobie przyjemność. I tak: mówię tu o auto-erotyzmie. I wiecie co? Nie było żadnego kaca moralnego. A dlaczego? Ponieważ postanowiłam siebie samej nie oceniać. A jak to się skończyło? Cudownie.
    Jak auto-miłość to i auto-erotyzm. Czy wiecie, jak to zdrowo i jak miło? Jak to powiedziała jedna z bohaterek w „Seks i inne choroby cywilizacyjne”: „Jestem swoją własną fabryką orgazmów”.
  1. Krok szósty
    Zapytałam siebie, co ostatnio czytała i usłyszałam, jak to Dr Alicja Długołęcka powiedziała tak: „Często kobiety mówią, że trafiły na faceta, który je wyleczył ze wstydu. Fajnie. Ale warto się zastanowić, żebyśmy nie potrzebowały kolejnego faceta, kolejnego czynnika zewnętrznego, przy którym możemy dobrze się poczuć”.
    W religii chrześcijańskiej uczą nas, że mamy najpierw pokochać bliźniego swego, nigdy siebie, ponieważ wtedy stajemy się egoistami. Ale jak można pokochać innych, skoro sami siebie nawet nie lubimy? A jak nawet jesteśmy egoistami (zdrowymi, nierobiącymi krzywdy innym), to co w tym złego? Skoro każdy z nas jest egoistą? Oponujecie? Zatem szybko abstrahuję i podaję przykłady: robimy coś dobrego dla drugiej osoby i nigdy nie jest to bezinteresowne, dlaczego? Ponieważ pomagamy komuś, żebyśmy sami podświadomie lub też świadomie poczuli się lepiej. Ale to osobny temat i za długi i za dużo przykładów trzeba by było podawać. Wracając do tematu… Mówią nam, jak ważne jest, abyśmy znaleźli drugą połówkę, ponieważ to nam da szczęście. A jak jej nie znajdziemy, to staniemy się niekompletni? Dlaczego musimy tak bardzo mieć kogoś u swego boku, by być szczęśliwe? Naprawdę musimy?
    Opowiedziałam sobie, jak często słyszę o samotnej/samodzielnej kobiecie sukcesu: „Patrz, ma prawie wszystko – karierę, mieszkanie, możliwość polecenia na świetne wakacje i spełnianie swoich pasji. Ale nie może być szczęśliwa, bo nie ma nikogo przy sobie”. A kto powiedział, że nie jest szczęśliwa? Może ona jest szczęśliwa sama ze sobą, może czuje się spełniona i więcej jej do szczęścia nie potrzeba. Czy to samo powiedzą o mężczyźnie, który osiągnął sukces, ale nie ma rodziny czy partnerki? Bardziej nienawidzi się kobiet, które siebie kochają, niż panów. Jeśli facet jest pewny siebie, robi to na nas wrażenie, kiedy zaś kobieta, wyzywa się ją od suk. Albo próżnych egoistek. I nie mówię tu o kobietach, które faktycznie są próżne, ponieważ jedynie swój wygląd zewnętrzny. Niekiedy też słyszę, że kariera rekompensuje sobie brak potomstwa czy też miłości. A kto tak powiedział? I kto wyznacza te standardy, które nakłada się na kobiety? Niekiedy też słyszę, że związek pomaga się rozwijać. Ja uważam zupełnie inaczej. Wpaja się nam, że ludzie dążą do zakładania rodzin i stagnacji. Że ciała dążą do zatrzymania, wg greckiego filozofa. Ogólnie rzecz ujmując, uważam, że monogamia nie jest naturalna, a małżeństw nie powinno zawierać się na całe życie – jak mogę komuś obiecać, że będę ją kochała do usranej śmierci? Chyba tak mają jedynie osoby, które nie mają nic samemu sobie do zaoferowania, więc poszukują szczęścia, wypełnienia pustki w życiu i jakiejś nudy życiowej w drugim człowieku. By dzielić się z kimś pasjami? Oczywiście, przyjemna rzecz, ale nie jest niezbędna. Bo chyba jeśli ktoś kocha swoje pasje i marzenia, to nie będzie miał czasu, by „zerknąć” na drugą osobę, by nam towarzyszyła, tylko sami w pełni cieszymy się tym, dzięki czemu kąpiemy się w endorfinkach. A może niektórzy potrzebują drugiej osoby, aby nadać też sobie kierunek?
    O tym wszystkim sobie opowiedziałam i sama się ze sobą zgodziłam.
  2.   Krok ostatni
    Na samym końcu sama ze sobą milczałam. Myśli uspokoiłam i nie zastanawiałam się, czy sama siebie polubię czy też co mam powiedzieć mądrego, aby siebie samej nie zanudzić.
    Np. siedziałam w kawiarni sama ze sobą, choć zawsze uważałam, że jest w tym coś pretensjonalnego. Ale byłam sama ze sobą. Wyłączyłam telefon, żeby nie kusiło mnie zaglądanie do niego co chwila. Ani też, żeby nie patrzeć w jego ekran, byleby nie poczuć się głupio, że siedzę sama w oczekiwaniu na kogoś.
    To jest taka cudowna umiejętność wytrzymania we własnym towarzystwie bez możliwości wychodzenia z siebie. Bez wewnętrznego przymusu szukania dodatkowej osoby, aby siebie móc zdefiniować. I bez szukania partnera na stałe, byśmy poczuły się zaakceptowane. I nie mówię tu o ślepej miłości! I nie widzę w związku z samą sobą niczego patetycznego.
    Po prostu byłam sobie. 

    Auto-miłość

    Auto-miłość

         

1

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *